Home Recenzje 303. Bitwa o Anglię – recenzja filmu. Czy film to odpowiedź na Brexit?

303. Bitwa o Anglię – recenzja filmu. Czy film to odpowiedź na Brexit?

303. Bitwa o Anglię – recenzja filmu. Czy film to odpowiedź na Brexit? 5.0

Wspaniale, że obcokrajowcy otwierają się na temat udziału Polaków w II Wojnie Światowej, a rodzimy przemysł filmowy nawiązuje coraz więcej kooperacji z innymi krajami. Gorzej, iż podobne przedsięwzięcia często okazują się artystycznym ugorem. Najnowszy film Davida Blaira składa szczery i wiarygodny hołd rodzimym żołnierzom. Zauważa problemy Polaków w okresie wojny oraz patologiczną sytuację kraju po ’45. Gorzej, że nie jest dobrym widowiskiem – fabularnie i emocjonalnie. Zapraszam do recenzji filmu 303. Bitwa o Anglię.

Do produkcji podszedłem sceptycznie – zwłaszcza po grząskich zwiastunach, eksponujących wszystkie wady rodzimego kina wojenno-patriotycznego. Różaniec ściskany w dłoni aż do śmierci oraz post-romantyczne pieśni o dumie, honorze i ojczyźnie faktycznie powracają na przestrzeni całego filmu – na szczęście nie stanowią one propagandowego ładunku wybuchowego z prawicą nuklearną o sile rażenia dwóch Częstochow. Zamiast kolejnej Historii Roja czy Wyklętego widz otrzymuje tutaj szczery hołd dla Polaków walczących na obczyźnie, słusznie nagłaśniający dzieje polskich bohaterów lotnictwa z czasów II Wojny Światowej. Problem stanowi konserwatywna narracja oraz fabularne braki wyrastające na przestrzeni filmu jak leje po bombach. Żołnierze bowiem, gdy nie mogą latać, snują się po ziemi – ziemia szczególnie ciekawa nie jest; skąpana w szarych odcieniach, z ziarnistym filtrem nałożonym na obraz zapewnia widzom marazm do kwadratu. Nosi na sobie drewnianych bohaterów, których tragedia nie zostaje uchwycona w pełnej skali (dramat wybrzmiewa dopiero w ostatnich scenach widowiska). Melodramat wypada naiwniej niż część zapomnianych tytułów z lat 40. i 50. XX wieku. Komputerowe niebo jest z kolei zbyt drogie, by lotnicy mogli tam strzelać do nazistów przez cały 303. Bitwa o Anglię.

Bitwa o Anglię nie jest dobrym widowiskiem

Nadrzędną wadą produkcji jest rozwlekła fabuła – jej poszarpane skrawki tylko podkreślają budżetowe braki widowiska. Tytuł ma bowiem skupiać się na całym dywizjonie 303. i faktycznie, twórcy odpowiednio eksponują większość bohaterów, przypisując im szereg nieskomplikowanych epitetów. Tak prosta kompozycja sprawdzała się już w wielu wcześniejszych filmach wojennych, z klasykami pokroju Plutonu czy Szeregowca Ryana na czele. Problem pojawia się, gdy w miarę toku fabularnego część postaci po prostu znika. Rozwijani dotąd bohaterowie trafiają na trzeci plan, a gdy zacząłem się zastanawiać, czy dany żołnierz nie pożegnał się już z życiem, a ja to przegapiłem, ten pojawiał się na ekranie by wypowiedzieć – dosłownie – jedno zdanie.

303. Bitwa o Anglię to scenopisarski debiut Alastaira Galbraitha i Roberta Ryana. Niestety, z podobną ekspresją oraz radykalnym stylem pisarskim brytyjskich konserwatystów nie wróżę im specjalnie prężnej kariery. Tym bardziej, że nie słyszeli oni chyba nawet o 12 etapach „ścieżki bohatera“ opracowanych przez Josepha Campbella, czyli klasycznym schemacie, na bazie którego powstają niemal wszystkie scenariusze filmowe. W dużym skrócie: każda wprowadzona do fabuły postać powinna przeżyć jakiś konflikt. Ten musi odmienić ją w pewien sposób. Przez pierwsze pół godziny filmu sprawdza się to idealnie. Gorzej, gdy w miarę upływu czasu obraz staje się coraz bardziej nieznośny, chaotyczny i poszarpany – jakby montażysta wraz ze scenarzystami przeżywał indywidualną podróż wgłąb jądra ciemności. I tak na przykład w 303. Bitwa o Anglię pojawia się Marcin Dorociński. Dlaczego? Jego jedyną rolą jest obecność w polskich materiałach promocyjnych – grana przez niego postać Witolda Urbanowicza nie przechodzi w filmie żadnej drogi czy ewolucji. Jest posągiem, kopułą i twarzą pozbawioną duszy. Gdy twórcom zaczyna kończyć się budżet, Dorociński trafia na margines fabuły, gdzie spokojnie dogorywa do końca filmu. Podobnie rzecz wygląda ze wszystkimi bohaterami, prócz protagonisty, Jana Zumbacha (Iwan Rheon). Wątki pozostałych to ślepa uliczka.

Czy 303. Bitwa o Anglię to odpowiedź na Brexit?

Trzeba jednak przyznać scenopisarskiemu duetowi, że godnie i z honorem odnieśli się do polskich żołnierzy, walczących w szeregach dywizjonu 303. Nie obyło się bez stereotypów, na szczęście na tyle niegroźnych, by nie urazić nikogo na sali kinowej. Rodzimi żołnierze w oczach Brytyjczyków to zadziorne chłopaki, które wypić potrafią, do nauki się nie garną, lecz gdy trzeba, stają na zawołanie i walczą do upadłego. A że czasem jeden zamiast randki do kościoła pójdzie, cóż – takie fanaberie ludzi spod flagi biało-czerwonej. Wszystkiemu przygrywa duch romantyczny – dostatecznie stłumiony, niegroźny, by nie speszyć odbiorców na całym świecie. Widowisko posiada bowiem charakter globalny. Szkoda zatem, że część widowni – nie związana patriotycznie z treścią – zapamięta Bitwę o Anglię jako „ten przydługi film z kiepskimi aktorami i komputerowymi samolotami“.

Z drugiej strony twórcy zręcznie zwracają uwagę, że rodzima trauma związana z II Wojną Światową nie odnosi się wyłącznie do działań zbrojnych. Bitwa o Anglię powstała w Wielkiej Brytanii. Mieszkańcy Wysp w zupełnie inny sposób przeżyli traumatyczne wydarzenia z czasów wojny totalnej. Film świetnie nakreśla realia życia w Polsce pod okupacją – jest w tym aspekcie dostatecznie naturalistyczny, by szokować i odpowiednio intymny, by nie walić odbiorcę obuchem w łeb. Każdy żołnierz posiada swoje traumy – te uwidaczniają się zwłaszcza pod koniec filmu, gdy bohaterzy bitwy o Anglię pozbawieni zostają własnego kraju. Myślę, że w tym konkretnym aspekcie scenarzyści odrobili kawał dobrej roboty. Zauważyli, że w momencie, gdy inne kraje zaczęły odbudowywać się po Wojnie Światowej, Polska – czy patrząc szerzej: cała Europa Środkowo-Wschodnia – zachorowała na komunizm.

W tym kontekście ciekawie jawi się kontekst Brexitu. Czyżby twórcy – sprowadzając cały problem do korzeni, do czasów II Wojny Światowej oraz jej powojennego pokłosia – starali się wpłynąć na mieszkańców Wysp? Fabuła opowiada w końcu o uniwersalnych korzyściach płynących z porozumienia ponad podziałami. 303. Bitwa o Anglię zaciera granice narodowe (choć równocześnie nie tworzy ze świata globalnej wioski – utopii dla kosmopolitan) i dąży do zgody. Dopowiada pewne konteksty, dziś właściwie zapomniane przez młode pokolenie mieszkańców Zachodu. Na swój sposób usprawiedliwia migracje Polaków do bogatszych krajów, w tym w dużym stopniu do Wielkiej Brytanii. Dawno nie widziałem filmu równie zcentralizowanego w swoich poglądach i to prawdopodobnie największa zaleta całego widowiska.



Całość to chaos i patriotyzm

Ostatecznie należałoby się pochylić nad walorami technicznymi obrazu. Cóż, 303. Bitwa o Anglię kosztował 10 milionów dolarów. Dla porównania najświeższy film wojenny z Hollywood, Dunkierka, pochłonął kwotę rzędu 100-150 milionów dolarów. Twórcy próbują ukryć niedociągnięcia – podniebne starcia prowadzoną są poprzez wartką akcję i szybkie ujęcia, maskujące techniczne braki. Gorzej, gdy naraz w połowie filmu dotychczasowy obraz zastąpiony zostaje kronikami filmowymi. Artystyczny zabieg drażni swoją bezcelowością – zamiast korygować braki, tylko je podkreśla. Z drugiej strony efekty komputerowe sprawiają czasami, że podniebne starcia zamieniają się w dziwną wariację, wynikającą ze skrzyżowania konwencji Gwiezdnych Wojen z Top Gun.

W tym momencie wypadałoby, żebym doradził Wam, czy udać się do kina na sens. 303. Bitwa o Anglię to obraz rzemieślniczy i gruboskórny, zrealizowany bez grama poezji czy wyrafinowania. Aktorzy najedli się Brechta, potem zaczęli czytać scenariusz i z dialogów wyszło to: zero, czyli nic – jak śpiewał pewien zespół muzyczny. Ciężko też rozsupłać fabułę przez pryzmat idei politycznych, poza jasno ustalonym sprzeciwem wobec Brexitu. Kobiety w filmie zerwały się z planu Elzy – Wilczycy z SS. Scenarzyści kopiują sceny z Życie jest piękne („zabawne” tłumaczenie angielskiego na polski) oraz z Popiołu i diamentu (kieliszki jako znicze) nie zastanawiając się nad skonkretyzowanymi kontekstami merytorycznymi tych fragmentów. Całość to chaos i patriotyzm. Coś w sam raz dla współczesnego, przeciętnego Polaka.

303. Bitwa o Anglię - podsumowanie filmu:

5.0

PLUSY:
+ świetne przedstawienie światu naszych rodzimych dum i cech narodowych;
+ doskonały odzew na Brexit oraz wzrastające w społeczeństwie głosy ksenofobii oraz rasizmu;
+ tytuł zarysowuje realia funkcjonowania Polaków w trakcie wojny oraz obrazuje ciężką sytuację w okresie powojennym;
+ twórcy trzymają rękę na pulsie jeśli chodzi o uderzanie w patriotyczne tony;
+ niektóre podniebne starcia wyglądają interesująco.

MINUSY:
- kobiety jak z Elzy – Wilczycy z SS;
- cytowanie scen z innych filmów bez konkretnego uzasadnienia i kontekstów;
- drewniani bohaterowie zamknięci w ciałach małoutalentowanych aktorów;
- wątki większości bohaterów prowadzą do ślepego zaułka albo wyparowują w połowie filmu i ślad po nich ginie;
- scenopisarska kawa na ławę w zarysowaniu problematyki produkcji;
- zupełny brak dynamiki, gdyby tytuł nie odnosił się do rodzimych wartości patriotycznych, prawdopodobnie nie wywołałby na mnie żadnych wrażeń;
- twórcy nie potrafią zatuszować braków w budżecie;
- intrygujące sekwencje ponad chmurami, dojmująca nuda po zejściu na ziemię;
- gorszym melodramatem wojennym był tylko w Pearl Harbor (2001).

Ocena5.0
Reader Rating: ( 0 vote ) 0