Home Recenzje „Annabelle” – recenzja

„Annabelle” – recenzja

„Annabelle” – recenzja

W kinach można już oglądać spin-off przebojowej „Obecności” – „Annabelle”. Czy film był równie dobry i straszny? Zapraszamy do naszej recenzji.

Powiedzieć, że niespecjalnie lubię horrory to jak stwierdzić, że na Biegunie Północnym bywa chłodno. Niestety, los obdarzył mnie kobietą, która ten typ filmów uwielbia pasjami. Ergo – jak tylko w kinach pojawia się coś w tym klimacie, jestem zmuszony zacisnąć zęby, w ramach pocieszenia samego siebie kupić popcorn i wielką colę, a następnie zasiąść w sali kinowej modląc się, żebym przetrwał następne dwie godziny nie brudząc fotela.

Czasem bywa ciężko, czasem okazuje się, że horror to tak naprawdę mroczne fantasy (i wtedy jestem zadowolony), a czasem jest tak, że jeszcze kilka dni po seansie sikam po gaciach, kiedy przez przypadek (przypadek?) obudzę się w środku nocy. Cieszę się, że mamy koty, bo dzięki temu wszystkie nocne, niezidentyfikowane dźwięki mogę zrzucać na nie, choć wiem, że tak naprawdę oba śpią spokojnie w nogach łóżka.

Niestety-stety, „Anabelle” wpadła do pierwszej kategorii (to jest tych filmów, na których boję się już w kinie), bo – pomimo braku krwawej jatki i tym podobnych – to cholerstwo jest naprawdę straszne. A to chyba dobrze, jeśli mówimy o horrorach.

Dystrybutor reklamuje „Anabelle” jako prequel „Obecności”, ale z tym drugim filmem ten pierwszy łączy się w zasadzie tyleż symbolicznie, co wyraźnie. Fabuła opowiada bowiem o demonicznej lalce, którą mieliśmy okazję oglądać kilkukrotnie podczas seansu „Obecności” właśnie – wtedy już zamkniętą mniej lub bardziej bezpiecznie w szklanej gablocie rodziny Warrenów. Zanim jednak ta cholerna kukła trafiła do klatki, narobiła masę bałaganu w życiach paru Bogu ducha winnych osób.

Nie będę zdradzał fabuły, bo i nie po to piszę te słowa. Wypada tylko powiedzieć, że – jak na horror – scenariusz jest skonstruowany przyzwoicie i widz dość szybko wciąga się w całą historię. Niemniej, największą wadą (dla mnie) i zaletą (dla fanów gatunku) „Anabelle” jest to, że niektóre sceny są przerażające – czy to przez swoją statyczność (bądź wręcz przeciwnie), czy przez pracę kamery, czy to przez ścieżkę dźwiękową (nigdy nie sądziłem, że tyle napięcia może we mnie wywołać scena szycia na maszynie). Główna antybohaterka jest tak naprawdę wisienką na torcie, bowiem jej wygląd budzi grozę od samego początku i każdy, kto ma głowę na karku, już od pierwszych minut zadaje sobie pytanie, jak ktokolwiek chciałby trzymać podobną maszkarę w pokoju dziecięcym.

Z drugiej strony, w moim przypadku film ma tę cechę, że nie straszy mnie po nocy (w odróżnieniu od „Obecności” i tamtejszego klaskania w pustym domu, na myśl o którym ciągle dostaję dreszczy), także silne emocje towarzyszyły mi głównie w kinie. Cieszy mnie to niezmiernie, niemniej nie ma szans, żebym to cholerstwo obejrzał kiedykolwiek drugi raz – kosztowałoby mnie to za dużo stresu (zwłaszcza, że zdarzyło mi się przymknąć oczy w paru momentach, a więc de facto nie widziałem dokładnie wszystkiego).

Tak czy owak sądzę, że „Anabelle” spodoba się fanom horrorów – ja momentami byłem bliski ucieczki z płaczem z sali, także film chyba spełnił swoją rolę. Nawet jeśli przez następne kilka lat będę podejrzliwie spoglądał na cokolwiek, co choćby przypomina lalkę.

Piotr Brewczyński