Home Recenzje Ant-Man i Osa – recenzja filmu. To najbardziej niepotrzebna odsłona kinowego uniwersum Marvela

Ant-Man i Osa – recenzja filmu. To najbardziej niepotrzebna odsłona kinowego uniwersum Marvela

Ant-Man i Osa – recenzja filmu. To najbardziej niepotrzebna odsłona kinowego uniwersum Marvela 5.5

Ant-Man i Osa to najbardziej niepotrzebny film kinowego uniwersum Marvela ostatnich lat. Zabawa w pomniejszanie i powiększanie kolejnych obiektów wciąż wychodzi twórcom znakomicie, niestety – długo zapowiadana wizyta w mikroświatach fizyki kwantowej wprawia w spore zażenowani. Na deser dochodzi złoczyńca smaczny z pierwszym kęsem, niestrawny po drugim. Zapraszam do recenzji filmu Ant-Man i Osa.

Poprzeczka została zawieszona wysoko. Najpierw na ekrany kin trafił Spider-Man: Homecoming, który nareszcie przedstawił kinomanom satysfakcjonującą wizję Człowieka-pająka (inaczej, niż miało to miejsce we wcześniejszych tytułach pod autonomicznym patronatem studia Sony). Później kinowe uniwersum Marvela wzbogacone zostało o kolejne perełki: przewrotnego Thora: Ragnaroka, społeczną Czarną Panterę oraz opus magnum całego MCU, blitzkrieg na miarę naszych czasów, mistrzowskich scenariuszy i efektów CGI – Avengers: Wojnę bez granic. Niestety, twórcom najnowszej odsłony MCU nie udało się sięgnąć wskazanym tytułom nawet do pięt. Ant-Man i Osa wypada przy nich w mikroskali – delikatnie łechce receptory wzrokowe widza, bawi go, czasem wzrusza. Karmi czystym eskapizmem, a gdy odbiorca w końcu wyjdzie z kina, momentalnie wyparowuje z jego głowy. Summa summarum w myślach pozostaje spory niedosyt.

Wszystkie wady filmu Ant-Man i Osa

Nie zrozumcie mnie źle. Marvel nie sięga tutaj poziomu Ligi Sprawidliwości czy X-Men Genezy: Wolverine. Ba! W porównaniu do innych blockbusterów trafiających na ekrany kin w bieżącym sezonie (jak Deadpool 2 czy Jurassic World: Upadłe królestwo), Ant-Man i Osa prezentuje się naprawdę dobrze. To klasyczny wypiek Marvela, sporządzony ze sprawdzonych składników – wciąż smaczny, choć na przestrzeni kilku ostatnich lat zdążył się nieco przejeść.

Każda wcześniejsza odsłona kinowego uniwersum posiadała jasno zarysowaną konwencję, wyróżniającą ją spośród innych tytułów MCU. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz nawiązywał do tradycji kina szpiegowskiego. Thor: Ragnarok igrał z estetyką VHS-owego SF oraz fantasty, a Strażnicy Galaktyki od pierwszych scen odlecieli w świat space-oper. Nawet poprzednia odsłona przygód Człowieka-mrówki posiadała jasno sprecyzowane wytyczne nurtu heist movie – tytułów o spektakularnym włamaniu. Nie można tego niestety powiedzieć już o najnowszym filmie. Ant-Man i Osa nie daje się zaszufladkować do żadnej konkretnej konwencji ani gatunku. Nie działa to bynajmniej wartościująco. Widowisko jest wyprane z oryginalności, czasem przypomina trefne kino superbohaterskie z początków XXI wieku, kiedy każdy podobny tytuł musiał posiadać w sobie pseudonaukowy bełkot, pop-fizykę oraz sterylne laboratoria w placówkach badawczych. Nie ma nawet komedii romantycznej, jakże ochoczo zapowiadanej niegdyś przez reżysera filmu, Peytona Reeda.

Jest za to humor, maskujący wszelkie niedoskonałości widowiska za pomocą sprawnego slapsticku i wszechobecnych żartów o powiększaniu i pomniejszaniu obiektów (takie moce posiadają bowiem nasi superbohaterowie). Niektóre gry słowne wypadają świetnie, choć gdzie mowa o rozmiarach, tam musi pojawić się również niewybredny podtekst erotyczny. Gorzej, gdy twórcy pozwalają swoim bohaterom wejść za kierownicę samochodów. Od tej pory film zmienia się w pochodną Szybkich i wściekłych z domieszką Mario Kart – każdy pościg przebiega przy tym w równie ślamazarnym tempie, kończąc się podobną puentą.

Najbardziej niepotrzebna odsłona kinowego uniwersum Marvela?

Podczas gdy wszyscy superbohaterowie kinowego uniwersum Marvela łączą siły, by powstrzymać atak potężnego Thanosa, Ant-Man przeżywa prywatny, osobisty konflikt. Sprawa dotyczy ponownego wniknięcia w świat fizyki kwantowej – gwałtownego zmniejszenia się do tego stopnia, by trafić do innego wymiaru, niewidocznego nawet pod mikroskopem. Znawcy Ant-Mana doskonale znają to miejsce z zakończenia pierwszego filmu. Twórcy zapowiadali zresztą, że na tym motywie osadzona zostanie fabuła Ant-Mana i Osy, a rozwój fizyki kwantowej w ramach omawianego uniwersum może powrócić już w Avengers 4. Cóż, oś fabuły faktycznie obraca się wokół wskazanego wymiaru, nie można jednak powiedzieć, by Ant-Man i Osa obrazował go w pełnym spektrum. Więcej o nim słychać, niż go widać – gdy w końcu się pojawia, jego formalna szata graficzna przypomina bardziej tęczowe wymiociny z elementami transowych “wizualów”. Ani na moment nie pojawia się dokładniejsza ekspozycja nowego świata z kinowego uniwersum Marvela.

Film cierpi zresztą na brak jakichkolwiek form ekspozycji. To pierwszy tytuł, w którym Hope van Dyne zakłada kostium superbohaterki i obija gęby bandytom pod maską swojej alter ego, Osy. Brakuje jednak ustanowienia heroiny w ramach funkcjonującego całego wszechświata. Nie chodzi mi bynajmniej, aby widowisko stało się kolejnym mdłym origin story, w którym bohater przekonuje się, że „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Podobnie sprawa wyglądała z tytułowym superbohaterem w Spider-Man: Homecoming. Tyle tylko, że Człowiek-pająk to jeden z najpopularniejszych herosów wszech czasów – część odbiorców doskonale zna jego genezę. Z drugiej strony przed premierą Homecoming powstały jeszcze dwa filmy, opowiadające jak Peter Parker został ugryziony przez pająka. Nadmierna ekspozycja w „pajęczej” odsłonie MCU była zatem zbędna. Inaczej jest w przypadku Ant-Mana i Osy. Jestem przekonany, że znaczna część widowni nie słyszała o superbohaterce przed oficjalnym ogłoszeniem tytułu przez studio. W tym kontekście heroina powinna stanowić bardziej rozbudowaną postać.

Ostatecznie nawet złoczyńca nie wypadł w pełni satysfakcjonująco. Marvel nareszcie zaprzestał ciskać w widza drętwymi villanami, których motywacja zaczyna się gdzieś na kompleksie władzy, a kończy na mdłych monologach o sile i eksterminacji. Podobnie jak w Czarnej Panterze (gdzie Killmonger w końcu był złoczyńcą z krwi i kości), również tutaj od pierwszych scen potrafimy zrozumieć motywacje antagonisty. Gorzej dzieje się na przestrzeni kolejnych wydarzeń, gdy Duch z interesującej postaci przekształca się w nadpobudliwego robota – dążącego do wykonania swojej misji, nie posiadającego przy tym duszy ani charakteru. Dopiero koniec Ant-Mana i Osy sprawia, że widz bardziej ochoczo czeka na powrót Ducha w MCU.



Ant-Man i Osa – czy warto wybrać się do kina?

Seans Ant-Mana i Osy z pewnością dostarczy sporo frajdy. Komediowy ton produkcji stoi na najwyższym poziomie, choć scenarzyści chcieliby niekiedy zabrzmieć jak Quentin Tarantino, co niestety nie sprawdza się w niektórych scenach dialogowych. Wartka akcja wyrywa z letargu, cztery niezależne grupy walczą o jeden cel, co również nadaje dynamiki ukazanym zdarzeniom. Warto jednak pamiętać, że tytuł wchodzi w skład większego projektu, jakim jest kinowe uniwersum Marvela. Na tym tle Ant-Man i Osa zawodzi. Nie rozwija bohaterów, delikatnie nakreśla nową przestrzeń (wymiar kwantowy) i wprowadza kilka nieznanych dotąd postaci. Jest ładny z wierzchu i pusty w środku – to olbrzymi spadek formy po tytułach, jak Avengers: Wojna bez granic czy Thor: Ragnarok. Ot! – letni blockbuster, by poprawić smak popcornu.

Ant-Man i Osa - podsumowanie:

5.5

PLUSY:
+ celny, komediowy ton narracji;
+ złoczyńca – widać, że przedstawiciele Marvel Studios w końcu odkryli przepis na smacznego antagonistę;
+ zabawa w powiększanie i pomniejszanie kolejnych obiektów dostarcza sporo frajdy;
+ urzekająca relacja Scotta Langa z córką;
+ tytuł bawi, czasem wzrusza – stwarza poczucie wartościowego eskapizmu;
+ doskonała scena po napisach – na drugą uważajcie, to zabawa z widzem na miarę sceny z Kapitanem Ameryką w Spider-Manie: Homecoming.

MINUSY:
- pop-fizyka i naukowy bełkot na miarę kina superbohaterskiego sprzed 20 lat;
- ładna forma, ciekawa treść – potworna pustka merytoryczna;
- brak rozbudowanej ekspozycji Osy oraz Ducha (tym razem scenarzyści ewidentnie bali się rozwinąć kobiece postacie);
- tytuł nie sięga pięt Czarnej Panterze Thorowi: Ragnarok czy opus magnum MCU – Avengersom: Wojnnie bez granic;
- film miał eksplorować nowy świat MCU – ostatecznie podróż do wymiaru kwantowego powoduje spory niedosyt;
- Ant-Man i Osa nie posiada konkretnej konwencji – twórcy odhaczają po prostu większość klisz gatunku superbohaterskiego;
- niewielkie znaczenie w skali kinowego uniwersum Marvela.

Ocena5.5
Reader Rating: ( 3 votes ) 6.3

banner