Home Recenzje „Atlas Chmur” – recenzja

„Atlas Chmur” – recenzja

„Atlas Chmur” – recenzja

Już w ten piątek do kin wchodzi nowy film rodzeństwa Wachowskich zatytułowany „Atlas Chmur”. Całość zbiera bardzo mieszane opinie wśród krytyków i widzów. Mamy do czynienia z dziełem wybitnym czy też może przerostem formy nad treścią? Zapraszamy do naszej recenzji.


Rodzeństwo Wachowskich (jak powinno określać się chyba najbardziej nierozłączną parę w Hollywod od momentu, gdy Larry stał się Laną) miało świetny wstęp do świata filmowego w postaci kultowej już „Trylogii Matrix”. Mimo że cykl uważam przede wszystkim za sprawny pokaz sztuczek filmowych, a konstrukcja fabularna wije się dla samego wicia, nie odmawiam mu pewnego uroku. Potem było już gorzej. „Speed Racer” okazał się finansową i artystyczną klapą, a rodzeństwo żyło wyłącznie z pisania scenariuszy oraz roli producentów. Wyglądało na to, że saga Neo będzie ich jedyną kometą. Aż nagle gruchnęła wieść o „Atlasie chmur”.

David Mitchell, autor dwóch bestsellerów, uznany w 2007 przez Times za jednego ze stu najbardziej wpływowych ludzi świata, nie wierzył, że jego powieść jest w ogóle możliwa do sfilmowania. Przeplatające się sześć wątków jest umieszczone w skrajnych przedziałach czasowych: od historii inicjacji młodego amerykańskiego abolicjonisty z XIX wieku, poprzez tragedię zdolnego młodego kompozytora o niepoprawnej w przedwojennej Anglii orientacji seksualnej, śledztwo ślicznej czarnoskórej dziennikarki z lat 70. w sprawie zagrożenia atomowego, współczesne perypetie sympatycznego acz gapowatego wydawcy, aż po dwie historie toczące się w dalekiej przeszłości – wybudzonej z nieświadomości ślicznej kobiety, „wyprodukowanej” w fabryce, by mogła usługiwać ludzi z futurystycznego Nowego Seulu, i członka plemienia z postapokaliptycznej Ziemi. Jak widać, nawet streścić fabułę jest trudno, nie łamiąc przy tym fundamentalnej zasady języka polskiego, by nie budować zbyt długich zdań.

Niemniej twórcy podołali wyzwaniu. Każda z historii trzyma w napięciu, łatwo się też utożsamiać z naprawdę różnorodnymi bohaterami, pomimo ich mrowia. Wachowscy (i Tom Tykwer, który chwilowo dołączył do duetu) poruszyli problematykę wykluczenia i trudności w zdobyciu akceptacji. To uniwersalny problem ludzkości, a dojściu do tej refleksji sprzyja osadzenie fabuł w różnych czasach. Społeczeństwo zawsze ma ciągoty, by komuś odmawiać człowieczeństwa, toteż z pewnym odruchem sprzeciwu wobec tej sytuacji dopingowałem zmagania młodego notariusza, który stara się uratować czarnoskórego przed załogą statku, ponury los genialnego kompozytora, która miał pecha urodzić się gejem w postwiktoriańskiej Anglii czy Sonmi-451, trzymanej w błogiej nieświadomości tylko po to, by usługiwała. Historie rzadko kończą się happy endem, zostawiają jednak nadzieję, że dobro – jak zło – nigdy nie ginie, a jego owoce dadzą szczęście następnym. Nie żyjemy tylko dla siebie, należymy też do innych.

Osobną problematyką jest dążenie ludzkości do samozagłady. Niemniej i tu zawsze znajdzie się światełko w tunelu. Poruszana problematyka nie jest nowa dla kina, jedynie sposób przedstawienia w tak szerokich ramach czasowych otwiera umysł na nowe myśli. Komu to nie wystarczy, niech zwróci uwagę na przepiękną stronę wizualną. Scenografia jest dopieszczona w każdym szczególe. Wrażenie robi zarówno rejs po XIX-wiecznym Oceanie Spokojnym, jak i widok zatopionego w wyniku efektu cieplarnianego Starego Seulu. Warto też docenić kreacje aktorskie. Co wrażliwsi na urodę i seksapil męski czy damski też nie mają co narzekać.

„Atlas chmur”­ – pomimo ponurej tematyki – robi bardzo optymistyczne wrażenie. Pozwala uwierzyć, że warto być dobrym, i przypomina, jak ważne są podstawowe cnoty w rodzaju miłości czy poczucia akceptacji. Wymowa chwilami może dawać wrażenie pewnej naiwności, ale takie refleksje nasuwają się raczej po wyjściu z seansu. Na jego czas – warto się zanurzyć w tym świecie.

Michał Smętek