Home Recenzje „Avengers” – recenzja

„Avengers” – recenzja

„Avengers” – recenzja

Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego lata dla fanów komiksów i filmowej fantastyki już w ten piątek wchodzi do polskich kin. „Avengers” aktualnie bije rekordy na całym świecie. W pierwszy weekend w USA zarobił ponad 200 mln dolarów ustanawiając najlepsze otwarcie w historii. Czy superbohaterowie kopią tyłki? Zapraszamy do naszej przedpremierowej recenzji!


Z crossoverami zawsze jest problem. W przypadku komiksów fani niemal zawsze zarzucają im zatracenie klimatu jednej ze składowych, no bo jak tu bezboleśnie połączyć – pierwszy przykład z brzegu – Batmana z Predatorem? Niby oba tytuły mroczne, niby oba obrazowane przez to samo studio komiksowe, ale… no po prostu coś tu nie gra.

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak dopiero teraz. Po Iron Manie, Hulku, Thorze i Kapitanie Ameryka przyszła pora na „Avengers” – jeden z najbardziej oczekiwanych filmów sezonu, w którym wszyscy wymienieni wcześniej bohaterowie (a także kilku dodatkowych) spotykają się w jednym filmie. A film, jak wiadomo, to twór bardzo kapryśny, zwłaszcza jeśli prezentuje losy kilku postaci, z których każdą śmiało można nazwać pierwszoplanową.

Wszyscy fani wiedzą mniej więcej, jak Marvel przedstawił najważniejszych dla „Avengers” bohaterów. Obie części „Iron Mana” zebrały gromkie brawa za humor i luz Tony’ego Starka, brawurowo granego przez Roberta Downeya Juniora. Hulk przeszedł prawie bez echa, a ponadto odtwórca głównej roli – Edward Norton – odrzucił propozycje studia, aby ponownie wcielić się w Zielone Monstrum. Zdania o „Thorze” były, delikatnie mówiąc, podzielone – zarzucano mu m.in. iście debilny scenariusz i drewnianego głównego bohatera. No i wreszcie „Captain America: Pierwsze starcie” – zekranizowany jako wojenny film przygodowy, czerpiący garściami zarówno z kina zimnowojennego, jak i z nowych produkcji pokroju „Kompanii Braci” czy „Pacyfiku”. Sami przyznacie, że to potworny misz-masz.

Już teraz powiem wprost – „Avengers” to film zdecydowanie dobry w swojej klasie i konwencji. Ma jednak kilka wad, które dość mocno wpływają na jego odbiór.

Najważniejszą z nich jest – wynikające niejako z samej jego formuły i treści – łapanie zbyt wielu srok za ogon. Na ekranie widzimy co najmniej pięć postaci, z których każda mocno walczy o naszą uwagę. Mowa tu o Iron Manie, Czarnej Wdowie, Thorze, Kapitanie oraz o Hulku – alter ego Bruce’a Bannera. Do tego dochodzą postacie będące w tle, ale również co i rusz wyrywające się na pierwszy plan. Z tego wynika jeden główny problem – trudno jednakowo kibicować wszystkim, co często przekłada się na niechęć do kibicowania komukolwiek. Owszem, każdy bohater ma swoje 5 minut, ale całość filmu odbiera się przez to jak ciąg migawek będących częściami większej całości. Ujmując rzecz najprościej: poprzez zobrazowanie takiej liczby postaci, każdej z nich jest odrobinę zbyt mało, by widz czuł się usatysfakcjonowany.

Jeśli chodzi o scenariusz, to na szczęście „Avengersom” bliżej do „Iron Mana” czy „Captain America: Pierwsze starcie” niż do „Thora”. Mamy tu co prawda armię z kosmosu, ale całość intrygi Głównego Złego bardziej się klei – oczywiście wciąż pozostając w komiksowej konwencji, z obowiązkowym elementem w postaci zbiorowej rozpierduchy na końcu, poprzedzonej jakimś tragicznym wydarzeniem, które duchowo połączy wszystkich członków drużyny. Jak to mówią na zachodzie – no change there, ale chyba nikt nie spodziewał się, że filmy z marvelowskiego uniwersum skłonią się nagle ku klimatowi znanemu z dwóch ostatnich części Batmana.

Poza tym jest BARDZO widowiskowo, mocno komiksowo (mi osobiście szczególnie mocno podobało się zobrazowanie antagonizmów pomiędzy członkami powstającej super-drużyny), a także śmiesznie. Ten ostatni element jest oczywiście szczególnie mocno nakręcany przez Tony’ego Starka, ale – co dość zaskakujące – najlepsze teksty i gagi w „Avengersach” są chyba zaletą Thora.

W drugiej połowie filmu na ekranie dzieje się dużo i z ogromnym hukiem. To dobrze, zważywszy na to, że pierwsza połowa to głównie ponowne wprowadzenie widza w świat zobrazowanych postaci. To, obok niewyeksploatowanych wątków, jest drugą zasadniczą wadą produkcji. Momentami film jest zbyt przegadany – Joss Whedon wyraźnie chciał, by jego bohaterowie zyskali głębię, którą jednakowoż trudno wyczarować, kiedy do dyspozycji ma się aż siedmiu czy ośmiu ważnych bohaterów, a tylko 150 minut „czasu ekranowego”. Ponadto niektóre dialogi – zwłaszcza w wykonaniu Kapitana i Thora – są potwornie drętwe i aż proszą się o wzniesienie oczu w stronę sufitu. Na szczęście w kilku przypadkach na pomoc przychodzi Tony Stark ze swoim nieśmiertelnym sarkazmem.

Powtórzę jednak, pomimo kilku wad, „Avengers” to film dobry, na który śmiało można pójść całą rodziną (zwłaszcza, że niektóre kina posiadają wersję z dubbingiem – trudno mi stwierdzić, czy to faktycznie zaleta, ale jednak). Dość śmiały pomysł włączenia do nowojorskiej rozróby tak wielu superbohaterów został zrealizowany sprawnie, a wspomniana główna wada wynika niestety tylko i wyłącznie z faktu, że film jest po prostu za krótki, by w pełni zadowolić fanów każdej z ukazanych postaci. A szkoda, bo z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nawet Hawkeye – poniekąd wyśmiewany na przeróżnych forach tematycznych itp. – pełni w całej zabawie niebanalną rolę, a mi osobiście bardzo podpasował.

Fani komiksów na pewno docenią też potężną ilość smaczków pojawiających się w filmie. Ich ukoronowaniem jest jak zwykle sam mistrz Stan Lee, pojawiający się tym razem… a zresztą – sami sprawdźcie, czy go zauważycie. Tu jednak pojawia się okazja do dania kuksańca polskiemu dystrybutorowi. W oficjalnych informacjach o filmie była mowa o dwóch scenach, które miały pojawić się po napisach końcowych. Pierwszą miałem okazję zobaczyć, drugiej natomiast nie dane było widzom doświadczyć, pomimo tego iż połowa sali kinowej widocznie na nią czekała. W takim wypadku pozostaje tylko śledzić YouTube. Jak to zwykle bywa w filmach Marvela, już wspomniana jedna scena robi duże wrażenie, choć przede wszystkim na fanach komiksów. Jeśli bowiem dobrze kojarzę, to Loki dewastujący ulice Nowego Jorku był tylko drobnym prztyczkiem w nos dla Ziemi w porównaniu z tym, co czeka ją w drugiej, już zapowiedzianej odsłonie „Avengersów”.

Tuż po pokazie jeden z moich znajomych zapytał mnie na Facebooku po prostu: „warto?”. Odpowiem jemu i wszystkim pozostałym zainteresowanym: warto. Ale warto też pamiętać, że to nie film z jednym głównym bohaterem, a to wymaga od widza pewnego dostosowania się, a także cierpliwości, kiedy film obrazuje losy akurat tej postaci, którą mniej lubimy. Jako całokształt „Avengers” wyszli świetnie, chociaż pozostawiają pewien oczywisty niedosyt – dla mnie osobiście nieco zbyt duży. Jeśli jednak lubicie filmy od Marvela, to śmiało wyruszajcie w weekend do kina. Na pewno nie będziecie zawiedzeni, a ponadto obejrzycie pewnego rodzaju ewenement w skali światowej – jest to bowiem pierwsza tego rodzaju produkcja, obrazująca klasyczny, tak lubiany przez niektórych (w tym przeze mnie) komiksowy crossover. Pozostaje mieć nadzieję, że inne studia również pójdą tą drogą, zapewniając nam rozrywkę na przyzwoitym poziomie, a do tego konstruując długofalową fabułę, znaną do tej pory wyłącznie z seriali.

Piotr Brewczyński