Home Recenzje Czarna Pantera – recenzja. Czy to najlepszy film Marvela?

Czarna Pantera – recenzja. Czy to najlepszy film Marvela?

Czarna Pantera – recenzja. Czy to najlepszy film Marvela? 8.0

Jak prezentuje się nowy film MarvelaCzarna Pantera? Czy warto wybrać się do kin? Przed Wami recenzja filmu. 

„Czarna Pantera” to – obok trylogii „Mrocznego Rycerza” – najdojrzalsza odsłona kina superbohaterskiego, jaka kiedykolwiek ujrzała światło dzienne. Poczynając od wykreowanego uniwersum na postkolonialnej problematyce kończąc – każdy element znajduje się na właściwym miejscu, afrykańska kraina zachwyca swoim fikcyjnym bogactwem kulturowym, a szereg odniesień do franczyzy Jamesa Bonda czy szekspirowskich dramatów tylko podkreśla doskonałą kondycję MCU. Twórcy bezbłędnie żonglują ukazaną konwencją, sprytnie zespalając ze sobą niezależne gatunki filmowe.

Marvel po 10 latach funkcjonowania kinowego uniwersum doskonale zdaje sobie sprawę, że aby przykuć uwagę odbiorców oraz krytyków, nie wystarczy ubrać nadczłowieka w obcisły kostium i wysłać go na misję ratowania świata przed złowrogim antagonistą z odległej galaktyki. Świeżość „Czarnej Pantery” polega na wtłoczeniu w całokształt produkcji wyraźnego komentarza na tle postkolonialnym – to superbohaterskie blaxploitation na wysublimowanym poziomie. „Wonder Woman” zyskała dużą popularność za sprawą kobiecej protagonistki, „Deadpool” – dzięki brutalnej konwencji i mnogości samoświadomych żartów. Tym razem film na bazie komiksów celuje w aktualny komentarz społeczny.

Sedno konfliktu „Czarnej Pantery” przypomina arenę polityczną Stanów Zjednoczonych w latach ’60 i ’70. Z jednej strony pojawia się zatem antagonista filmu, który – podążając tropem Partii Czarnych Panter – postanawia złapać za broń i wspomóc ubogie, czarnoskóre rejony świata w walce z uprzedzeniami na tle rasowym oraz wciąż niewymarłym postkolonializmem. W przeciwieństwie jednak do marksistowskich i lewicowych poglądów wspomnianego ugrupowania, Killmonger kieruje się kapitalistycznymi pobudkami (co stanowi swoisty paradoks jego charakterologii zestawiony z popkulturowym wizerunkiem buntownika ze slumsów). Po drugiej stronie barykady sytuuje się tytułowy superbohater, król fikcyjnego, afrykańskiego państwa, który – z zatwardziałego ksenofoba – wyrasta na racjonalnego spadkobiercę ideologii Martina Luthera Kinga.

Czarna Pantera - zdjęcie z filmu
Fot. Disney

Oczywiście, radykał przeciw radykałowi mierzy się w emocjonujących scenach walk, a nie na politycznej mównicy. Superbohaterska maniera spektakularnych pojedynków zostaje tu jednak przetransformowana – czasem ze względu na usytuowanie jej w plemiennej tradycji, innym razem przez ciekawy romans z gatunkiem szpiegowskim.

Całokształt problematyki widowiska oraz płaszczyzna polityczna jest dostatecznie czytelna w przekazie i mało skomplikowana, by nie zniechęcić mniej wymagającego odbiorcy. To popkulturowy kolaż „Króla Lwa” i Jamesa Bonda (scena, w której Czarna Pantera poznaje swój kostium oraz nową technologię tak bardzo kojarzą się z franczyzą Agenta 007, że twórcy sugerują to już na poziomie dialogów). Rodzinne zatargi o tron afrykańskiego królestwa odsyłają do konfliktu Simby ze Skazą, a co za tym idzie – wykładają jasną analogię do szekspirowskiej tragedii o krwawych intrygach na królewskim dworze.

Podobny motyw pojawił się w ostatniej odsłonie MCU, „Thorze: Ragnaroku” – tam jednak podłoże konfliktu zakorzeniono bezpośrednio w nordyckiej mitologii. „Czarna Pantera” buduje własną skarbnicę mitów – na tym polega właściwy majstersztyk filmu. Kinowe uniwersum DC od czterech widowisk próbuje wznieść chociaż fundamenty funkcjonującego świata (w niewielkim stopniu udało się to wyłącznie „Wonder Woman”). Najnowsza odsłona MCU potrzebuje zaledwie pół godziny, by widz w pełni uwierzył w ukazane królestwo, jego oszałamiające rytuały oraz wieloletnią tradycję.

Czarna Pantera - zdjęcie z filmu
Fot. Disney

Wakanda to wizualny fetysz dla oka i duszy. Architektura i kostiumy, technika i natura – twórcy sięgają po oczywistą technologię CGI, by w równie umiejętny sposób wpleść praktyczne efekty specjalne. Świat łączy w sobie motywy kultury afrykańskiej. Ponad wszystkim królują jednak świetne stroje – zarówno młodzieżowy outfit Shuri, zmieniający się wraz z każdą następną sceną, jak i rdzenne kostiumy wakandyjskich wojowników. Żaden film już dawno nie mógł pochwalić się tak zmyślną paletą szat, wzorów i materiałów.

Wizualny walor „Czarnej Pantery” przyćmiewa nieco bohaterów produkcji, jednak i tu odnaleźć można kilka intrygujących sylwetek. Pierwsze skrzypce gra prześliczna Letitia Wright – ironiczna i błyskotliwa siostra tytułowego superbohatera. W sieci odnaleźć można fanowskie spekulacje, wskazujące, że dziewczyna przejmie zbroję Iron Mana w przypadku odejścia z franczyzy Roberta Downeya Jr. – po olśniewającym występie w „Czarnej Panterze” nie miałbym nic przeciwko temu. Zwłaszcza, iż jej cyniczny charakter w niczym nie odbiega od stylu Tony’ego Starka.

Twórcy kinowego uniwersum Marvela bezpiecznie wprowadzają damskie postacie – tym razem niemal cały dwór Wakandy, a zwłaszcza jej najbliższa świta T’Challa, składa się z kobiet. Natłok bohaterek nie pozwala jednak na ich pełne rozwinięcie – najbardziej w cieniu pozostaje miłość Czarnej Pantery, Nakia. Twórcom udało się jednak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – usatysfakcjonowana będzie zarówno czarnoskóra część widowni, jak i feministyczna grupa odbiorców filmu.

Czarna Pantera - zdjęcie z filmu
Fot. Disney

W tle nie pozostaje antagonistyczna część obsady. Choć Andy Serkis igra z przerysowanym wizerunkiem łotrzyka z komiksów, to Michael B. Jordan stanowi tutaj trzon szwarccharakterów widowiska. Żaden z superbohaterów już dawno nie stawiał czoła równie niejednoznacznemu złoczyńcy, którego motywacje stanowią niewygodną zagwozdkę moralną tyleż dla Czarnej Pantery, co dla widzów na sali kinowej. Erik Killmonger to anarchistyczny głos ulicy – żywa idea, trwająca niezmiennie w swoich przekonaniach. Niestety, jego czas ekranowy jest tutaj nazbyt krótki w stosunku do ciekawej charakterologii oraz ogólnego back-story. Trudno doszukiwać się też zapowiadanych przez aktora inspiracji Jokerem Heatha Ledgera oraz Magneto Michaela Fassbendera.

„Czarna Pantera” ma pazura. Delikatnie gładzi odbiorcę pięknym wszechświatem, by gwałtownie wbić szpony niewygodnej problematyki społecznej. Jest drapieżna – igra z konwencjami, zrywa tematy tabu. Reinterpretuje czołowe motto znanego wujka Bena: z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. Czarnoskórzy widzowie przez długi czas musieli czekać na w pełni swojskiego herosa (nie oszukujmy się – „Kobieta Kot” i „Hancock” posiadały afroamerykańskich bohaterów ze względu na popularne nazwiska odtwórców postaci) – „Czarna Pantera” w zupełności to rekompensuje.

Marvel miażdży konkurencję! Kinowe uniwersum DC, nawet najnowsze odsłony franczyzy X-Men – nic nie jest w stanie doścignąć tak wysokiej formy, jaką prezentuje sobą „Czarna Pantera”. To nowa jakość kina superbohaterskiego, daleka od banalnych historii o superludziach i bogach ponad śmiertelnikami. James Bond z Wakandy posiada własną mitologię oraz bogatą problematykę społeczną na tle postkolonialnym – właściwie to autonomiczne uniwersum wewnątrz gigantycznego wszechświata Marvela.

Po 10 latach funkcjonowania, kinowe uniwersum Marvela znajduje się w tak zaawansowanej fazie rozwoju, że żaden inny wszechświat superbohaterów nie jest w stanie mu dorównać. Jeśli „Czarna Pantera” jest wyłącznie przystawką przed „Avengers: Wojną bez granic” – na Boga, jaki to musi być dobry film!

Kornel Nocoń

Czarna Pantera - podsumowanie

8.0

Plusy:
+ malowanicza Wakanda oszałamia
+ skupienie się na aktualnych problemach społecznych
+ najlepszy złoczyńca kinowego uniwersum Marvela
+ Letitia Wright w roli Shuri kradnie serca
+ kolaż przygód Jamesa Bonda i Króla Lwa

Minus:
- niekóre efekty specjalne nie sprawdzają się
- Andy Serkis zbytnio szarżuje
- natłok postaci nie pozwala rozwinąć się niektórym bohaterom
- za mało scen ze złoczyńcą

Ocena8.0
Reader Rating: ( 4 votes ) 5.8

banner