Home Recenzje „Człowiek ze stali” – recenzja

„Człowiek ze stali” – recenzja

„Człowiek ze stali” – recenzja

Już w piątek do polskich kin wchodzi długo wyczekiwany film o przygodach Supermana zatytułowany „Człowiek ze stali”. Zapraszamy do naszej recenzji.

To ptak! To samolot! To świetny film! Zackowi Snyderowi, z pewną pomocą Christophera Nolana, udało się wyjść obronną ręką ze starcia z dziedzictwem najstarszego spośród komiksowych superbohaterów. Ich film o Supermanie oszałamia najlepszymi efektami specjalnymi, jakie kiedykolwiek widziano na kinowym ekranie.

Znamiennym jest, że „Człowiek ze stali” zaczyna się od scen na Kryptonie, rodzinnej planecie głównego bohatera. Zamiast iść utartą ścieżką tak zwanej origin story, czyli opowieści o tym, jak heros herosem został, najczęściej najpierw skupiającej się na dzieciństwie i kluczowym wydarzeniu, którego go ukształtowało, postanowiono zepchnąć samego Supermana na drugi plan. Owszem, co jakiś czas wracamy do jego dzieciństwa w licznych retrospekcjach, widzimy, jak radził (i nie radził) sobie ze swoją innością, tak naprawdę od początku chodzi jednak o szerszy plan.

Bo w tym filmie jest wszystko. To space opera z fantastycznymi krajobrazami obcej planety, statkami kosmicznymi i efektownymi bataliami. To opowieść o dziennikarskim śledztwie Lois Lane, tropiącej swojego wybawcę, tajemniczego anioła stróża, ratującego ludzi na całym świecie. To relacja z ostatnich dni niegdyś wielkiej cywilizacji, obecnie chylącej się ku upadkowi; i przy okazji opowieść o próbie ocalenia jej dziedzictwa, o starciu dwóch prowadzących do tego wizji . Wreszcie – i jest to główny wątek filmu – jest to kolejna wariacja na temat Pierwszego Kontaktu, czyli uświadomienia ludzkości, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. We wszystko to wplątany jest zaś Superman.

I troszkę go w tym filmie mało, ale tylko dlatego, że innych elementów jest tak dużo. Wyraźnie widać, że Zack Snyder starał się połączyć własną opowieść o Człowieku ze Stali z siedemdziesięcioma pięcioma laty komiksowej spuścizny, a efekt jest taki, że wiele wątków bardzo ciasno upakowano w i tak stosunkowo długi film (blisko sto pięćdziesiąt minut). Miało być i o Kryptonie, i o Clarke’u/Kal-Elu/Supermanie, a także o reagujących na jego pojawienie się na Ziemi ludziach, wyszła więc nieco poszatkowana opowieść. Choć nie znaczy to, że zła, bo nie licząc kilku potknięć (niezbyt udany wątek Jonathana Kenta, kiepska scena pierwszego lotu, niepotrzebna scena w redakcji), scenariusz „Człowieka ze stali” zasługuje na pochwały – dobrze wprowadza w uniwersum Supermana, radzi sobie także z wieloma czyhającymi na scenarzystów pułapkami, jak praktyczna niezniszczalność głównego bohatera, podwójna tożsamość czy cały ten cyrk z obcisłym wdziankiem i peleryną. David S. Goyer, choć zaprezentował w sumie konserwatywną (z jednym wyjątkiem) opowieść, celująco wywiązał się z zadania uwspółcześnienia ikony popkultury.

Gdzieś w tym wszystkim giną za to aktorzy, nikt z obsady nie błyszczy. Henry Cavill na pewno wygląda jak Superman, ale poza tym nie miał okazji do zaprezentowania czegoś więcej. Podobnie wcielająca się w Lois Lane Amy Adams oraz Kevin Costner jako Jonathan Kent, nawet Zod ma ledwie kilka większych scen, głównie zaś przemyka gdzieś w swoim statku albo tłucze się z Supermanem po łbach. Paradoksalnie, największe pole do popisu miał Russell Crowe, a więc Jor-El, biologiczny ojciec głównego bohatera, który przez większość filmu… nie żyje.

Tym zaś, co przede wszystkim zostaje w głowie po zakończonym seansie są fenomenalne sceny walk, wyznaczające nowy poziom efektowności w kinie fantastycznym, przyćmiewające wszystko, co do tej pory można było zobaczyć na srebrnym ekranie. Ma się wrażenie, że nie istniało coś takiego, jak ograniczenia budżetowe, że cokolwiek wymyślił sobie reżyser, zrealizowano – żadnych ustępstw czy sztuczek, po prostu totalny kataklizm, jaki podczas starć rozpętują bohaterowie. Co ważne, to narasta, każda kolejna scena przyćmiewa poprzednią, aż do świetnego finału, czyli starcia Supermana z Zodem. Tylko dla tych ujęć warto wybrać się do kina.

Chociaż na szczęście to nie „Transformersy” i warta uwagi jest nie tylko strona wizualna. Zack Snyder miał niewątpliwie najtrudniejsze zadanie spośród wszystkich reżyserów, którzy brali się za ekranizowanie przygód komiksowych herosów, i wywiązał się z niego. „Człowiek ze stali” to kino rozrywkowe najwyższej klasy, cieszy przede wszystkim fakt, że nie jest to ani coś w stylu Nolanowskich „Mrocznych Rycerzy”, ani kolejni „Avengersi”, tylko obraz z własnym charakterem.

Marcin Zwierzchowski