Home Recenzje Doktor Strange – recenzja

Doktor Strange – recenzja

Doktor Strange – recenzja 8.0

Doktor Strange to kolejny z nowej fali marvelowskich superbohaterów, który otrzymał własny film. Mocna obsada i nietypowe jak na MCU moce głównego bohatera zapowiadają solidną dawkę rozrywki. Ale czy tak jest w istocie? Przed Wami przedpremierowa recenzja.

W poszukiwaniu interesujących protagonistów dla filmów, Marvel zaczyna coraz głębiej sięgać do swojej kilkudziesięcioletniej historii i wykorzystywać bohaterów, może nie drugoplanowych, ale z pewnością nie cieszących się ogromną popularnością. I tak na naszych ekranach zagościł właśnie Doktor Strange, film o byłym chirurgu, który po wypadku niszczącym jego karierę poszukuje szansy na odzyskanie przeszłości… a zyskuje niespodziewaną przyszłość.

Niby nic specjalnego, a jednak…

Jak przystało na film wprowadzający nową postać, mamy tu do czynienia przede wszystkim z ukazaniem historii postaci, jej wcześniejszego życia i okoliczności, które doprowadziły ją do przełomu. A potem… tak, będzie i szkolenie, i chwile zwątpienia, ale też wzięcie odpowiedzialności na swoje barki i uporanie się z zagrożeniem (oczywiście wielkim i straszliwym, zagrażającym podstawom naszej egzystencji). Jednym słowem nic specjalnego, z mniejszymi lub większymi zmianami widzieliśmy to w kinie (nie tylko superbohaterskim) już wielokrotnie. A jednak Doktor Strange jawi się jako jeden z bardziej interesujących obrazów w tej kategorii.

Główny zły

Doctor Strange - recenzja
Fot. Disney

Zanim jednak przejdziemy do superlatyw, to jeszcze chwilę poświęćmy miejsca obecnym w filmie kalkom. Przede wszystkim znów nie otrzymujemy od Marvela czarnego charakteru z prawdziwego zdarzenia. Mads Mikkelsen dostał dość niewdzięczną rolę badguya, który po prostu ma być paskudny (pomaga w tym przesadzona charakterystyka) i zły, ale jego tło, motywacje, plany i oczekiwania są możliwe do streszczenia jednym zdaniem. Tak naprawdę ani on straszny, ani groźny – ot kolejny dziwak, który jest tylko koniecznym tłem dla głównego bohatera.

Humor!

A plusy? Te również już dobrze znamy z komiksowych ekranizacji spod znaku Marvela. Po pierwsze humor. Być może mylnie zasugerowały mnie zwiastuny, ale oczekiwałem kina ciut poważniejszego. A tutaj może nie mamy Ant-Mana czy Strażników Galaktyki, ale na ekranie sporo jest gagów, żartów, śmiesznych sytuacji czy wręcz komicznych scen – w pewnym momencie wręcz nasuwa się pytanie: kto jest bardziej wyrazisty, Doktor Strange czy jego peleryna? Gdy dodać do tego sporą dawkę smaczków i detali rozpoznawalnych dla bardziej zaangażowanych fanów, otrzymuje się rozrywkowe i zabawne kino.

Jak radzi sobie obsada?

Doctor Strange - recenzja
Fot. Disney

Udział w tym całościowym obrazie jest oczywiście także zasługą obsady aktorskiej. O Mikkelsenie już było, a równie niewiele można powiedzieć o Chiwetelu Ejioforze wcielającym się w postać Mordo: cały czas przewijającą się nijako w tle i mającą na celu tylko przygotowanie gruntu pod następny film. O wiele lepiej wypadają postacie kobiece. Tilda Swinton po raz kolejny udowadnia, że poradzi sobie w każdej roli (i kradnie niemal każdą scenę, w której się pojawia), a Rachel McAdams również świetnie spisuje się w powierzonej jej roli byłej współpracowniczki i kochanki Strange’a. Pewnie, jej brak zapewne byłby niezauważalny, ale tam, gdzie pojawia się na ekranie, robi znacznie lepsze wrażenie niż przyrównywana przez zachodnich recenzentów Natalie Portman w Thorze.




Oczywiście nie można pominąć też odtwórcy tytułowej roli, czyli Benedicta Cumberbatcha. Z jednej strony widzieliśmy go już w znacznie bardziej wyrazistych rolach. Z drugiej dość konwencjonalnej postaci nadał znacznie więcej wyrazu, niż, by daleko nie szukać, Khanowi. Ukazał też swe nieco bardziej humorystyczne oblicze, które nieczęsto mieliśmy okazję do tej pory podziwiać.

Magia, czyli efekty specjalne

Doctor Strange - recenzja
Fot. Disney

Na koniec o crème de la crème Doktora Strange’a, czyli wizualizacji magii, zmian w rzeczywistości i alternatywnych wymiarów. Co tu dużo mówić: to robi wrażenie. O ile jeszcze sposób rzucania zaklęć nie jest specjalnie nowatorski (i obecny w innych mediach niż film), to już to, co za ich sprawą się dzieje, zasługuje na największe pochwały. Przede wszystkim oszałamia scena, gdy ciało astralne bohatera zostaje wysłane w inne wymiary, ale później również dzieje się dużo i spektakularnie. I tak, rozwiązania te widzieliśmy od Matriksa po Incepcję, ale nigdy na taką skalę, z takim rozmachem i konsekwencją. Dbałość o szczegóły i ogólna wizja naprawdę robią wrażenie. Należy jednak dołożyć jedną, małą łyżkę dziegciu: czasem jest to trochę sztuka dla sztuki; bardziej chodzi o podkreślenie inności, mocy i magii niż o samą akcję. Gdy wszystko się rusza i zmienia, fabuła niestety potrafi zejść na dalszy plan. Niemniej i tak wizualnie jest to świetnie zaprojektowany i skomponowany obraz.

***

Nie jestem wielkim fanem marvelowskich filmów z głównej osi MCU; wolę te poboczne, gdzie mniej jest zadęcia, fabuła nie jest rozwlekła, a reżyser koncentruje się na jednej postaci. I właśnie takimi filmem jest Doktor Strange – niby typowym dla superbohaterskich produkcji, ale niosącym wizualny (i mistyczny) powiew świeżości.

Tymoteusz Wronka

Doktor Strange - podsumowanie

8.0

- rewelacyjne efekty specjalne
- niezbyt odkrywcza, ale przyjemna fabuła
- charakterystyczny humor
- klimat i "mistyczny" powiew świeżości

Ocena8.0
Reader Rating: ( 7 votes ) 6.9