Home Recenzje „Dracula: historia nieznana” – recenzja

„Dracula: historia nieznana” – recenzja

„Dracula: historia nieznana” – recenzja

Od piątku w kinach film „Dracula: historia nieznana”. Czy warto się wybrać do kina? Zapraszamy do naszej recenzji.

Tytuł filmu „Dracula: historia nieznana” sugeruje, że widz będzie miał przyjemność poznać nową wersję historii o najsłynniejszym wampirze świata. Faktycznie, chociaż w większości jest to mieszanka znanych wątków i kalek, to wymowa filmu jest inna, niż klasyczne ujęcie.

W tej wersji opowieści o Draculi tytułowy bohater jest siedmiogrodzkim władcą, który nie posiadając armii, musi płacić haracz Turkom. Gdy ci żądają 1000 chłopców (w tym syna Draculi) na przyszłych żołnierzy, nie wytrzymuje. By oprzeć się inwazji i ochronić swój lud zawiera układ z potężną i straszną istotą zamieszkującą rumuńskie jaskinie. Rezultat jest łatwy do przewidzenia: nadludzka siła i wytrzymałość, możliwość przemiany w stado nietoperzy, ale też nietolerancja na światło słoneczne i srebro. Awersji do czosnku nie stwierdzono.

Wymogi konwencji „prawdziwej historii”, bo właśnie tego typu opowieścią jest film Gary’ego Shore’a, wymaga umiejętnego połączenia prawdy i fikcji; nawet jeśli temat jest z gruntu fantastyczny. Tutaj za bazę historyczną posłużył żywot Włada Palownika, już od czasów Brama Stokera (a jeśli wierzyć staroniemieckim pamfletom, to jeszcze wcześniej) utożsamianego z wampirycznym Draculą. Scenarzyści wzięli z jego losów kilka wygodnych szczegółów (np. dzieciństwo w niewoli tureckiej czy las pali na powitanie wrogiej armii), ale nie należy po tym obrazie oczekiwać specjalnej wierności realiom czy odtworzenia scen z życia wołoskiego hospodara. Więcej jest fikcji, wygodnych uproszczeń i koloryzowania: ot, by zarysować jakieś głębsze tło, ale bez konieczności dostosowywania do niego autorskiego pomysłu. Efekt jest dość mylący, gdyż mariaż faktów i fikcji historycznej w połączeniu z czystą fantastyką wywołuje u widza rozdźwięk.

Od pewnego czasu w popkulturze panuje moda na dekonstrukcję (super)bohaterów, odmagicznienie ich lub nadanie im ludzkich, często mroczniejszych cech. „Dracula: historia nieznana” pokazuje drugą stronę tego mechanizmu, gdzie potwór z legend pokazany jest w zupełnie innym świetle. U Shore’a wampiryzm to klątwa, którą bohater przyjmuje ze szlachetnych pobudek, nigdy w pełni się jej nie poddając. Czy czyni to Draculę granego przez Luke’a Evansa postacią tragiczną? Z pewnością takie były zamierzenia twórców, ale nie można tego w pełni odczuć, gdyż opowieść jest szyta zbyt grubymi nićmi.

Przewidywalność jest zresztą jedną z większych wad filmu, a wynika to ze słabości scenariusza… a czasem chyba z jego braku. Wiele scen jest zbędnych lub zbyt oczywistych; ot, jakby po prostu nie było pomysłu co pokazać czy też jak rozegrać daną sytuację, nie wspominając o standardowej dawce nielogiczności, dzięki której akcja posuwa się w zamierzonym przez twórców, a nie sensownym kierunku. Efektem, szczególnie w środkowej części obrazu, jest sekwencja luźno powiązanych scen, które niespecjalnie trzymają w napięciu.

Na dobrą sprawę „Dracula: historia nieznana” jest teatrem jednego aktora, czyli grającego główną rolę Luke’a Evansa. W tym kontekście nawet nie chodzi o komplementowanie jego umiejętności aktorskich (wszak chyba najważniejszą scenę, i to praktycznie samym głosem, kradnie mu Charles Dance), ale o fakt, że kamera cały czas mu towarzyszy, degradując pozostałe postaci do roli drugo i trzecioplanowych. Nie zmienia to faktu, że brytyjski aktor wykonał swoją pracę poprawnie i wyróżnia się na tle większości nijakich postaci; inna sprawa, że ich role nie należą do zbyt skomplikowanych. Na przykład Sarah Gadon wcielająca się w żonę Włada ma chyba tylko jedno zadanie: wyglądać ładnie, a kreacja występującego w roli tureckiego sułtana Dominika Coopera sprowadza się głównie do udawania orientalnego akcentu. Przy takich obowiązkach nie dziwota, że większość obsady pokazała niewiele.

Najnowsza wersja losów najsłynniejszego z wampirów budzi ambiwalentne odczucia. Przy dość słabym scenariuszu mimo wszystko twórcom udało się wykrzesać trochę energii, która przechodzi na widza. Analizując na sucho film powinien przez większość czasu wywoływać seryjne ziewnięcia, ale tak do końca nie jest. Z pewnością znaczenie mają niezłe zdjęcia (plenery!) i efekty specjalne. Sceny walki zostały nakręcone z rozmachem, a nawet pomysłowością. „Dracula: historia nieznana” jest przykładem filmu, który mimo wszystko jako całość jest lepszy niż zapowiadają to jego elementy składowe. Tylko tyle i aż tyle.

Tymoteusz Wronka