Home Recenzje Dlaczego nie spodobał nam się Ghost in the Shell? [RECENZJA]

Dlaczego nie spodobał nam się Ghost in the Shell? [RECENZJA]

Dlaczego nie spodobał nam się Ghost in the Shell? [RECENZJA]

Widzieliśmy hollywoodzką wersję Ghost in the Shell i cóż – bardzo chcieliśmy, żeby nam się spodobało, ale nie wyszło. Co wg nas nie zagrało w amerykańskiej wersji filmu?

Niech będzie – ten tekst pisany jest z perspektywy fanów, którzy uwielbiają pierwszą część anime (drugą trochę mniej) z 1995 roku. Przed seansem filmu ze Scarlett Johansson, odświeżyliśmy sobie adaptację mangi (bo pamiętajmy, że to jest pierwowzór) z 1995 roku i co tu wiele mówić – nic się nie zestarzała!

Miasto przyszłości przedstawione w anime Ghost in the Shell nie było wzorowane (jak pewnie wielu myśli) na Tokio, lecz na Hongkongu. Jak wizja miasta przyszłości prezentuje się dzisiaj? Zobaczcie sami:

Ciarki, co nie? Tymczasem wizja przedstawiona w filmie Ruperta Sandersa idzie zupełnie innym torem. To już nie jest miejska dżungla, lecz dyskoteka kojarząca się z wyobrażeniami miasta przyszłości rodem z lat 90. Zupełnie nie rozumiemy skąd te zachwyty nad kiczowatymi wirtualnymi neonami, totalną papką kolorystyczną i brakiem wyczucia jeśli chodzi o cały koncept. Bo zwróćcie uwagę, że pojawiają się też miejsca przypominające te z oryginału, które zapewne są slumsami i wygląda to naprawdę ok. Boli tylko fakt, że wciąż mamy do czynienia z jednym filmem, w którym nagle otrzymujemy totalny zwrot o 180 stopni, jeśli chodzi o koncept wizualny.

Ghost in the Shell - recenzja
Fot. materiały prasowe

Taka niespójność strasznie razi. Wyobraźcie sobie, że sceny w Matrixie w mieście raz są utrzymane w kolorystyce zielonej, za 10 min w ciepło-żółtej rodem z Transfermsów, a po chwili wszystko jest nasycone ciepłem niczym w filmach Marvela. I tak jest w hollywoodzkim Ghost in the Shell, które nie ma w sobie żadnej estetycznej konsekwencji. Ta wizja jest po prostu plastikowa.

Ghost in the Shell - recenzja
Fot. materiały prasowe

A jak ma się sprawa ze scenariuszem? Też nie jest za ciekawie. I nie chodzi o to, że całość nie trzyma się oryginału. To, że hollywoodzkie Ghost in the Shell będzie przystosowane bardziej pod masowego widza, było oczywiste. Bardziej boli fakt, że po kilkunastu minutach można domyślić się całego twistu, jest on nieprzewidywalny, rozterki moralne głównej bohaterki niezbyt angażujące, a cała intryga ma bardzo kiepski finał (serio – jeśli już całość i tak jest zwyczajnym popcorniakiem, to chociaż mogli zaserwować coś bardziej napompowanego). Wiecie – po prostu fabularnie otrzymaliśmy TO CO ZAWSZE. Nie mówiąc już o tym, że zmieniono całą wymowę oryginału, który prowokował do wielu dyskusji i nie mógł wyjść z głowy na długo po seansie. Tutaj raczej jedyną rozterką będzie fakt, że po dniu nie będziecie pamiętać za wiele z filmu.




O Scarlett Johansson nie trzeba zbyt wiele mówić. Zagrała TĄ SAMĄ ROLĘ co w serii filmów Marvela czy też w Lucy. Więcej skakała, strzelała i biegała niż mówiła, więc szczerze mówiąc – ciężko mocniej ocenić grę, bo dialogi były dość toporne i monotematyczne. O dziwo, bardzo fajnie wypadł Pilou Asbæk w roli Batou. Na zdjęciach i zwiastunach prezentował się nieco sztucznie, jednak w samym filmie wypadł najprzyjemniej. Reszta postaci 2-planowych to raczej „duchy” – pojawiały się i znikały w najciekawszych momentach.

Ghost in the Shell - recenzja
Fot. materiały prasowe

Wszędobylskie za to były easter eggi – począwszy od nazw, ujęć, danych scen czy też charakterystycznych motywów ze ścieżki dźwiękowej. Czy to usatysfakcjonuje fanów? Być może. Dla nas trochę wyglądało to momentami jak parodia i nie pasowało do popcornowej estetytyki ciągłych strzelanin.

Komu się spodoba hollywoodzkie Ghost in the Shell?

Widzom, którzy przez ostatnie lata nie widzieli żadnego filmu w konwencji cyberpunku i lubią, gdy reżyser prowadzi ich za rączkę. Oraz tym, którzy chcą sobie popatrzeć na Scarlett Johansson w obcisłym wdzianku.

ZOBACZ TAKŻE: Najlepsze filmy cyberpunkowe, których nie znacie