Home Recenzje Han Solo. Gwiezdne Wojny: Historie – recenzja filmu. Kino gangsterskie i western w odległej galaktyce! Mogło być lepiej…

Han Solo. Gwiezdne Wojny: Historie – recenzja filmu. Kino gangsterskie i western w odległej galaktyce! Mogło być lepiej…

Han Solo. Gwiezdne Wojny: Historie – recenzja filmu. Kino gangsterskie i western w odległej galaktyce! Mogło być lepiej… 5.5

Na ekrany kin trafił najmniej oczekiwany film z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Kino gangsterskie łączy się tutaj z estetyką westernu – niestety, rumieniec emocji pojawi się na waszych twarzach wyłącznie przy kilku scenach filmu. Szkoda, ponieważ potencjał był gigantyczny. Przed Wami recenzja Hana Solo. Gwiezdne Wojny – Historie.

Każda premiera franczyzy Gwiezdnych Wojen łączy się z huczną uroczystością, na którą fani i widzowie walą drzwiami i oknami. Tak było w przypadku Przebudzenia Mocy oraz Ostatniego Jedi. Nawet Łotr 1 spotkał się z ciepłym przyjęciem w weekend otwarcia, gdyż miłośnicy byli ciekawi, jak sprawdzi się nowy cykl Gwiezdnych Wojen – Historii. Inaczej sprawa wygląda w przypadku autonomicznego filmu o młodości Hana Solo. Już w dniu ogłoszenia projektu widzowie na całym świecie zauważyli, jak niepotrzebną historię pragnie zaoferować Lucasfilm pod batutą Walta Disneya. Niestety, widowisko tylko potwierdza obawy malkontentów – jest chaotyczne, pozbawione scenopisarskiej charyzmy i nadzwyczaj nudne. To paradoks, jak w świecie pełnym szturmowców, łowców nagród oraz bogu-ducha-winnych cywilów można stworzyć równie flegmatyczne i ponure dzieło. Twórcom udało się to z nawiązką i nawet epickie sceny walk w młodziutkim Sokole Millenium wyglądają tutaj jak rozgrywki bingo w domu spokojnej starości.

Kino gangsterskie i western w odległej galaktyce





Zaczyna się przednio, niczym dobrze skrojony western zmieszany ze swoim młodszym bratem: kinem gangsterskim. Nie ma eksplozji, jak w szkole Hitchcocka, jednak reżyser dobrze obchodzi się z szybką ekspozycją świata przedstawionego. Problem pojawia się chwilę później, gdy widz zaczyna zdawać sobie sprawę, że twórcy nie potrafią odpowiednio wyważyć obu tropów gatunkowych. Najistotniejsze elementy Hana Solo zaczerpnięte zostają z historii o Dzikim Zachodzie – film posiada zatem widowiskowe sceny, jak atak na pociąg czy motyw złych magnatów, zmuszających biedny lud do pracy w kopalniach. Taka decyzja wydaje się jak najbardziej trafna, w końcu Han Solo z oryginalnej trylogii był ucharakteryzowany na gwiezdnego kowboja i przemytnika. Szkoda zatem, że podobne wątki jasno nawiązujące do westernów, połączone zostają średniej jakości zaprawą fabularną z napisem: „kino gangsterskie”.

Z drugiej strony nie można odmówić serii Gwiezdne Wojny – Historie ambicji w podejmowanych tematach. Nie, nie chodzi mi o rozgrzebywanie przeszłości Hana Solo, gdyż – jak pokazał czas – taka decyzja była błędna. Bardziej skupiłbym się na poszerzeniu granic kinowego uniwersum. Podczas gdy filmy z sagi opowiadały wyłącznie o froncie działań wojennych, prowadzonych między jasną oraz ciemną stroną Mocy oraz zakonie rycerzy Jedi (z dużym naciskiem na ród Skywalkerów), tak książki i komiksy spenetrowały znacznie większą część odległych galaktyk. Reżim Imperium oraz niejednoznaczny wymiar walk, którego wielokrotnie dopuszczali się Rebelianci stanowią główną siłę napędową cyklu Gwiezdne Wojny – Historie. Łotr 1 przedstawił wspomniane, nieczyste zagrania ze strony Rebelii oraz skutecznie załatał gigantyczną dziurę fabularną, ciągnącą się za franczyzą Star Wars od czasów Nowej nadziei. Han Solo z kolei – prócz prezentacji tytułowego bohatera – skupił się na losach cywilów, cierpiących w trakcie rządów Imperium. W tym aspekcie równie ciekawe wydaje się wniknięcie w szeregi szturmowców oraz zrozumienie, w jaki sposób funkcjonowało wojsko pod władzą Dartha Vadera.

Konceptualny dialog z Łotrem 1 staje się zauważalny już na poziomie wizualnym. Galaktyka w czasach totalitarnych rządów Imperatora to miejsce szorstkie i mroczne. Daleko jej do świetlanej przeszłości z czasów Mrocznego Widma. W Hanie Solo szczególnie plastyczne okazują się dymy i mgły, ograniczające zakres widzenia świata przedstawionego.

Aura tajemnicy prysła – nie tego spodziewali się fani

Interesuje was, dlaczego Han jest Solo, jak galaktyczny kowboj spotkał Chewbaccę albo w jaki sposób bohater stał się właścicielem Sokoła Millenium? Twórcy omawianego filmu popadają w zgubne rejony hollywoodzkich prequeli, w których geneza słynnych bohaterów musi zawierać wyjaśnienie każdego ich atrybutu czy okoliczności nawiązanych znajomości. Prequelowy szrot posiada już Hannibala: Po drugiej stronie maski oraz niezliczoną ilość origin story ikonicznych morderców z horrorów. Słodka aura tajemnicy, jaką dotychczas cechował się Han Solo (zwłaszcza dla fanów serii nie zaznajomionych z książkami i komiksami) zostaje rozwiana. Na jej miejscu twórcy wznoszą genezę, której świat nie widział – pełną irracjonalnych skrótów i fabularnych uproszczeń. Trudno powiedzieć, co wywołuje większy dreszcz przerażania na plecach radykalnych fanów: okoliczności, w których Han spotkał Chewie’ego czy pochodzenie kultowego nazwiska gwiezdnego kowboja. Jedno jest pewne: Lawrence i Jon Kasdan bez polotu opowiedzieli o młodości ikonicznego bohatera franczyzy. W karkołomny sposób odpowiedzieli przy tym na pytania, których nikt nigdy nie zadał – te mogą konkurować wyłącznie z midichlorianami z niesławnej „trylogii prequeli”.

Na szczęście Alden Ehrenreich wypada perfekcyjnie w roli Hana Solo i w niczym nie przeszkadza fakt, że tym razem znany bohater został pozbawiony twarzy Harrisona Forda. Fani niepotrzebnie powtarzali informacje o potencjalnym trenerze osobistym aktora – ten faktycznie pojawił się na planie, jednak działo się to w momencie, gdy funkcję reżyserów filmów pełnił duet Chris Miller i Phil Lord. Han Solo w interpretacji Ehrenreicha to zadziorny typ, dopiero wyruszający na swoją dziewiczą misję. Dużo mówi, mniej działa – ponad wszystko sprawnie operuje mimiką. Niestety, szybko okazuje się, że Han Solo to jedyna barwna postać w świecie wypełnionym pustymi charakterami i równie jałowymi interakcjami między postaciami. Potencjał Woody’ego Harrelsona i Emilii Clarke zostaje zmarnowany i tylko Donald Glover umiejętnie nosi na grzbiecie ciężar roli młodego Lando Carlissiana.

Han Solo wywołuje tylko wzruszenie ramionami





Momentami Han Solo. Gwiezdne Wojny – Historia posiada w sobie awanturniczego ducha oryginalnej trylogii. Niektóre sceny walk przynoszą eskapistyczną frajdę, czego niestety nie można powiedzieć o całokształcie produkcji. Tutaj pojawia się chaos, prymitywne uproszczenia oraz zwroty fabularne, które zadziwią tylko najmniej wyedukowanych widzów na sali kinowej. Rzemiosło Rona Howarda nie sprawdza się przy snuciu historii z odległej galaktyki. Sam tytuł sytuuje się na najniższym szczeblu w rankingu produkcji z sygnaturą Star Wars (oczywiście, tuż po niechlubnej “trylogii prequeli”). W grudniu na ekrany kin trafił Ostatni Jedi, który znacząco podzielił środowiska fanów Gwiezdnych Wojen. Han Solo wywołuje tylko wzruszenie ramionami.

Istnieje duża szansa, że galaktyczny kowboj powróci przy okazji kolejnej odsłony Gwiezdnych Wojen – Historii. Zwłaszcza, że istnieje dużo prawdopodobieństwo, iż widowisko opowie o losach łowcy nagród, Bobie Fettcie. Pozostaje trzymać kciuki, aby twórcy wykazali się większą charyzmą. I nie dopowiadali (banalizowali) tego, co winno pozostać niedopowiedziane.

Han Solo. Gwiezdne Wojny: Historie - podsumowanie:

5.5

PLUSY:
+ Alden Ehrenreich udowadnia, że Harrison Ford nie jest jedyną twarzą Hana Solo,
+ klasyczne elementy westernu podane w estetyce SF - doskonały wybór,
+ dobrze napisana postać Hana Solo, Lando Carlissiana oraz Chewbacci,
+ społeczny wymiar cyklu Gwiezdne Wojny - Historie.

MINUSY:
- brak szczególnie zaakcentowanych elementów sprawia, że cała produkcja zlewa się w jedną, chaotyczną całość (no, może poza pierwszymi scenami filmu),
- twórcy zdzierają z Hana Solo jakąkolwiek aurę tajemnicy - co gorsza, wyjaśnienie niektórych motywów, jak geneza nazwiska, woła o pomstę do nieba,
- kino gangsterskie w odległej galaktyce nie sprawdza się,
- niewykorzystany potencjał Woody'ego Harrelsona i Emilii Clarke,
- macki z odległej galaktyki,
- jeszcze pół roku temu Ostatni Jedi podzielił fanów, jak żaden film z serii - tym razem kończy się na wzruszeniu ramionami.

Ocena5.5
Reader Rating: ( 5 votes ) 6.8

banner