Home Recenzje „Hercules” – recenzja

„Hercules” – recenzja

„Hercules” – recenzja

Od dzisiaj w kinach „Hercules” z główną rolą Dwayne’a Johnsonna. Czy popularny „The Rock” sprawdza się w roli mitycznego herosa? Zapraszamy do naszej recenzji.

Któż nie słyszał o Herkulesie, najsłynniejszym greckim herosie; półbogu, synu Zeusa? Wśród jego wielu czynów najsłynniejsze jest jego Dwanaście Prac, z których każda przewyższała umiejętności zwykłego człowieka. Wydawałoby się – szczególnie w świetle zwiastunów – że właśnie o tym będzie trafiający na ekrany film Bretta Ratnera… Otóż nie, „Hercules” jest adaptacją komiksu Steve’a Moore’a, w którym to bohater wraz z towarzyszami wplątuje się w walkę o władzę nad Tracją.

Opowieść o Herkulesie okazuje się kolejną próbą dekonstrukcji herosa, zdemitologizowania legendy i opowiedzeniem „prawdziwej” wersji wydarzeń. Pojawiają się odwołania do wcześniejszych, heroicznych czynów, ale w formie, która daleka jest od klasycznej wersji. Efekt jest całkiem niezły, chociaż gryzie się z nim pojawiający się miejscami patos: może nie tak nachalny, jak gdzie indziej, ale kilka natchnionych przemów czy prymitywnych prób wyciśnięcia łez z widza jest w filmie. Co ciekawe w znanej powszechnie wersji mitu zapewne by się sprawdzały, w dekonstrukcji nieco kłują w oczy. Niemniej nie ma ich tyle, by psuły przyjemność z oglądania.

Po tego typu filmie nie należy spodziewać się świetnej gry, ale rezultat starań aktorów jest zaskakująco przyzwoity. The Rock znacząco się wyrobił od czasów „Mumii” i w roli Herkulesa w średnim wieku sprawdza się doskonale, a i postaci drugoplanowe wnoszą odrobinę świeżości i humoru, dzięki czemu unika się wrażenia jednowymiarowości. W ogóle kreacja postaci i wątków przebiega zaskakująco sprawnie – wystarczy kilka zdań czy ujęć, by wprowadzić odpowiednie skojarzenia i konotacje. Nie jest to co prawda nic oryginalnego czy zaskakującego, gdyż twórcy wykorzystują popularne archetypy i klasyczne zwroty akcji, ale w obranej konwencji się to sprawdza.

Twórcy filmu wiele miejsca w wywiadach poświęcają realistycznym scenografiom i scenom walki, co oczywiście należy w dużej mierze włożyć między bajki. Niemniej faktycznie widoczna jest pewna oszczędność w kreowaniu wizji greckiego świata, także poprzez dodanie odrobiny brudu i patyny, co wpasowuje się w zdemitologizowaną wizję wydarzeń reżysera. Zupełnie inaczej ma się rzecz z pojedynkami: te są pokazane z rozmachem, zarówno z udziałem poszczególnych bohaterów (każdy ma oczywiście inny styl walki), jak i oddziałów wojska. Szczególną rolę odgrywa w scenach walki niezwykła siła głównego bohatera, chociaż chyba nawet w ramach filmu o greckim herosie przesadzona: to, jak latają na wszystkie strony jego przeciwnicy po zadanych ciosach bardziej przypomina sceny z kreskówek niż chociażby namiastkę realistycznej walki.

Niewątpliwą zaletą obrazu jest jego stosunkowo niewielka długość: w realiach ponad dwugodzinnych blockbusterów zalewających kino zaledwie dziewięćdziesiąt osiem minut zdaje się mizernym rezultatem. Jednakże to idealny okres do opowiedzenia tej dość nieskomplikowanej (chociaż wcale nie prostszej od większości filmów z superbohaterami i herosami w rolach głównych) historii. Natłok akcji i nieprawdopodobnych scen bitewnych nie ma czasu znudzić widza, nie ma też zbyt wiele scen na siłę starających się budować drugie dno postaci czy sztucznie wydłużających film. Wreszcie w trochę ponad półtorej godziny znacznie trudniej jest nasadzić głupot scenariuszowych i nielogiczności: te oczywiście w „Herculesie” się pojawiają (szczególnie w końcówce), ale ich stężenie jak na superprodukcję jest stosunkowo niewielkie.

Film Bretta Ratnera okazuje się kawałkiem całkiem niezłego, wakacyjnego kina. I chociaż pojawiają się elementy tak lubianej obecnie dekonstrukcji mitu i bohatera, to w „Herculesie” liczy się przede wszystkim dobra zabawa: spektakularne ujęcia, akrobatyczne pojedynki i odrobina humoru. Jednym słowem dobry przykład niezobowiązującej rozrywki na lato.

Tymoteusz Wronka