Home Recenzje „Interstellar” – recenzja

„Interstellar” – recenzja

„Interstellar” – recenzja

 „Interstellar”, zanim pojawiło się w kinach, określano wieloma przymiotnikami z przedrostkiem „naj”. Najbardziej oczekiwany film sezonu, najbliższe realizmowi twarde SF, największe dzieło Nolana – było tego sporo i nie warto nawet wymieniać. Po wczorajszym wieczorze w kinie jestem jednak zmuszony dodać własny przymiotnik.


„Interstellar” to bowiem największe filmowe rozczarowanie od czasów drugiego „Matrixa”. Bez kitu, gdyby nie to, że jestem taki twardy, to rozpłakałbym się po wyjściu z IMAXa. No dobra, nie było tak źle – przynajmniej były przekąski.

Zwiastun zapowiadał epickie kino w wielkim stylu, zrobione nie tylko z poszanowaniem zasad prawdziwego, twardego science-fiction w duchu lemowskim, ale oparte także na solidnych podstawach naukowych (gdzieś czytałem, że prace nad filmem faktycznie przysłużyły się zrozumieniu zasad funkcjonowania czarnych dziur). Do tego doszła doborowa obsada i będąca jakością samą w sobie muzyka Hansa Zimmera. Powtarzając samego siebie: co mogło pójść nie tak?

Nieco naśmiewając się z jednego z motywów przewodnich „Interstellar”, czyli praw Murphy’ego, odpowiem: wszystko.

Zacznijmy od fabuły. Unikając spoilerów mogę napisać, że tutaj jeszcze nie jest tak najgorzej. Początek filmu to zwariowana parada umykających logice wydarzeń. Pamiętając jednak, że to teraz w kinie modne, można szybko dojść do wniosku, że reżyser zapewne później nada im chociaż pozór logiki. Na ten wiekopomny moment czekamy cierpliwie przez długi, naprawdę długi czas – oczekiwanie jednak jest do zniesienia. Tylko odrobinę rozciągnięte sceny przebywania bohaterów „gdzieś tam” dobrze budują klimat samotności w kosmosie, a do tego przyprawione są odpowiednią dawką akcji – około półtoragodzinny „środek” to zdecydowanie najlepszy element filmu. Potem jednak następuje najbardziej nielogiczny twist w fabule, z jakim zetknąłem się od czasów czwartego „Indiany Jonesa”, a zakończenie… Powiem tak (spoilując tylko odrobinę): jeśli okaże się, że czarne dziury wyglądają tak w środku, to najzwyczajniej w świecie palnę sobie w łeb.

Pomijam tu już kwestię najbardziej rażącą, bo nie da się jej opisać bez zdradzania fabuły. Jeśli jednak przyjdzie Wam wybrać się na „Interstellar”, to zastanówcie się po seansie, w jaki sposób Cooper otrzymał współrzędne, które zaowocowały potem całym tym kosmicznym bałaganem. I tak, wiem, że może o to twórcom chodziło, niemniej ukrywanie prostego mechanizmu Deus ex machina (czy raczej Humanus ex bibliotheca, he he) pod płaszczykiem sygnalizowania „czegoś więcej” wydaje mi się po prostu grubymi nićmi szytym żartem z inteligencji widza.

Przejdźmy jednak do najlepszego, czyli dialogów. Pomijam tu fakt, że połowa postaci w filmie rzęzi do siebie głosikami o wysokości Empire State Building – być może Nolan chciał zrekompensować światu wszystkie „I’m Batman” wypowiadane przez Christiana Bale’a w trzech filmach o Człowieku-Nietoperzu. Najgorsze jest to, że nawet w „Batmanach” dialogi były bardziej składne i miały o wiele głębszy sens. Słuchając tego, co mówią bohaterowie „Interstellar” człowiek ma wrażenie, że trafił do kina na chory mix „Grawitacji”, „Czarodziejki z księżyca” i burtonowskiej „Planety małp”. Zdarzają się momenty, w których widz najpierw słucha o napędzaniu statku poprzez wykorzystanie siły przyciągania czarnej dziury, a zaraz potem karmiony jest wykładem o tym, że jedyną siłą większą od grawitacji jest miłość. Krzysiek, na miłość boską, to miało być hard SF, a nie „Troskliwe Misie” w strojach kosmonautów!

No i Michael Caine. Lubię gościa, ale raz, że ktoś tu przyoszczędził na charakteryzacji, a dwa, że gdybym usłyszał ten cholerny wiersz jeszcze jeden, jedyny raz, to wyszedłbym z sali i trzasnąłbym drzwiami, choćby były obrotowe. Postaci granej przez Matta Damona też bym pojechał, ale nie chce mi się nawet marnować baterii w laptopie. Dość powiedzieć, że lepszą motywację dla postępowania bohatera wynajdywałem grając, w wieku lat 12, w swoje pierwsze RPG.

Brzmi źle? Spoko, słyszałem jak kilka osób na sali śmiało się w niektórych momentach. Podpowiem, że według twórców raczej nie były to momenty właściwe.

Nie chcę nikogo namawiać, żeby na „Interstellar” nie szedł. Warto wyrobić sobie zdanie o filmie, który miał być przełomowym dziełem gatunku. Ostrzegam tylko, że potem możecie żałować tego, jak wykorzystaliście 3 godziny swojego życia. Ja nie żałuję tylko dlatego, że prócz przekąsek było białe wino.

Piotr Brewczyński