Home Recenzje „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” – recenzja

„Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” – recenzja

„Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” – recenzja

Już w środę do kin wchodzi nowa superprodukcja od Marvela zatytułowana „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”. Nasz specjalista od kina superbohaterskiego widział już film i dzieli się wrażeniami. Zapraszamy do recenzji!

„Łał…” pomyślałem po pierwszej scenie po napisach „Zimowego Żołnierza”, „…to był najlepszy film akcji jaki widziałem od bardzo dawna, a przecież widziałem już „300: Początek Imperium”. Trzy minuty później pomyślałem jeszcze: „łał, to był też jeden z głupszych filmów, jakie widziałem przez ostatnie pół roku, a nie dalej jak dwa dni temu oglądałem „Ja, Frankenstein”.

Nie ukrywam, że na drugą część przygód Kapitana Ameryki czekałem z wypiekami na twarzy, które powiększyły się znacznie, kiedy dowiedziałem się, że Hollywood zekranizuje jeden z najciekawszych tytułów komiksowych z jego udziałem; a jeszcze znaczniej, kiedy obejrzałem pierwszą zapowiedź filmową. Fanem ekranizacji Marvela jestem od zarania dziejów, bowiem nic mnie tak nie kręci jak dobrze zrealizowany film o tym, co za czasów wydawnictwa TM Semic było moim hobby numer jeden.

Niemniej po tych wszystkich latach zyskałem trochę obycia filmowego i ogólnego, a także – co ważne – zyskałem stosunkowo dociekliwy mózg, który niejednokrotnie przeszkadza mi w pełnym zanurzeniu się w fabułę podobnych produkcji. W przypadku „Kapitana Ameryki: Zimowego Żołnierza” mózg ten został wystawiony na bardzo poważną próbę.

Z jednej strony ten film miażdży akcją, ilością tzw. cameos i odniesień do ukochanego przeze mnie uniwersum. Z drugiej, po obu „Thorach”, nowy „Kapitan…” to chyba kolejny film Marvela, który wymaga od widza tak… pełnego oddania się konwencji. Tłumacząc statystycznemu widzowi: poprzez „oddanie się konwencji” rozumiem tutaj wstrzymanie jakichkolwiek procesów logicznego wnioskowania i przymrużenie oka na większość totalnie komiksowych zabiegów, niejednokrotnie sprzecznych z myśleniem, do którego zdolny jest nawet statystyczny przedstawiciel gatunku pan troglodytes.

Drugą, nie tak rażącą rzeczą, jest standardowa dla „kapitańskich” wątków pompatyczność i kryształowa dobroć głównego bohatera. Na całe szczęście to wszystko skontrastowano zręcznie postacią Czarnej Wdowy, która wreszcie dostała dla siebie trochę więcej ekranu (i to nie tylko po to, żeby błysnąć kształtnym tyłkiem).

That said, powróćmy do zalet „Zimowego Żołnierza”. Po pierwsze – większość czasu będziecie kurczowo ściskać poręcze kinowego fotela. W tej produkcji akcja została postawiona na pierwszym miejscu i nie znajdziecie w niej żadnych dłużyzn, a tym samym – chwil na złapanie oddechu. Od początku do końca jest to jazda bez trzymanki przez jedno z najciekawszych uniwersów stworzonych przez człowieka. Po drugie – humor. Załoga Marvela poszła po rozum do głowy i z sukcesu „Iron Mana” wyciągnęła lekcję pt. „dobry humor sprzedaje”. „Zimowy Żołnierz” drwi momentami nawet z samej konwencji tak zręcznie, że nie sposób się nie roześmiać.

O samej treści nie będę tu pisał, bo warto przekonać się samemu, ile zniesiecie. Radzę tylko nie czytać wcześniej komiksu, bo trochę zuboży to odbiór tego arcydzieła kina superbohaterskiego.

Czy iść na „Zimowego Żołnierza” do kina? Koniecznie, nawet jeśli chcecie zobaczyć tylko cameo Stana Lee. Studio Marvela ewoluuje i konsekwentnie rozwija wątki wszystkich Avengersów, tworząc najbardziej kasowy serial w historii ludzkości. Ten odcinek jest niewątpliwe jednym z najbardziej napakowanych akcją, a ponadto – w odróżnieniu choćby od „Thora: Mrocznego Świata” – mocno wpłynie na to, co zobaczymy w „Avengers 2: Age of Ultron”. Mnie „Zimowy Żołnierz” zachwycił na tyle, że z chęcią zobaczę go drugi raz, choć nie ukrywam, że wcześniej zażyję napoje z wysoką zawartością procentów, żeby nieco znieczulić mózg. Teraz czekam na „Strażników Galaktyki” – zapowiedź przypomnicie sobie przed seansem.

Piotr Brewczyński