Home Recenzje Mission: Impossible – Fallout – recenzja filmu. Najlepszy film serii! James Bond na miarę XXI wieku

Mission: Impossible – Fallout – recenzja filmu. Najlepszy film serii! James Bond na miarę XXI wieku

Mission: Impossible – Fallout – recenzja filmu. Najlepszy film serii! James Bond na miarę XXI wieku 7.5

Mission: Impossible – Fallout to najlepsza odsłona cyklu, a przy tym jedna z najciekawszych propozycji tegorocznego sezonu blockbusterowego. Ethan Hunt znów ratuje świat przed zagładą, pozując na Jamesa Bonda XXI wieku. Pomaga mu supergrupa na miarę Szybkich i wściekłych. Widowisko kipi przy tym od spektakularnych scen akcji oraz rozbudowanych choreografii walk. Zapraszam do recenzji Mission: Impossible – Fallout.

Franczyzę Mission: Impossible śmiało porównać można do Szybkich i wściekłych. Nie dość, że obie marki funkcjonują w obrębie męskiego kina akcji, to każda ze wskazanych serii przeżywała wzloty i upadki, by finalnie odnaleźć pomysł na siebie w okolicach drugiej dekady XXI wieku. Momentem przełomowym dla Mission: Impossible okazał się zrealizowany w 2011 roku Ghost Protocol. Wtedy seria odrzuciła poważne tony pierwszych odsłon, udając się w bardziej postmodernistyczne rejony pastiszu. Balet w tonacjach heist movie zamienił się tutaj w cudaczny spektakl kaskaderskich popisów Toma Cruise połączonych z bondowskim pazurem kina szpiegowskiego. Gdyby bowiem Ethan Hunt nie pracował dla tajnej organizacji MIF, jego przygody śmiało można byłoby zaklasyfikować jako spin-off franczyzy Agenta 007. Protagoniści obu serii uwielbiają otaczać się pięknymi kobietami, niejednokrotnie sięgają po futurystyczną technologię jutra, a od niebezpieczeństw na ich misjach włos śmiertelnikom jeży się na głowie. Podczas gdy twórcy Jamesa Bonda postanowili spoważnieć po campowych odsłonach z Piercem Brosnanem, tak Tom Cruise coraz częściej mrugał do widzów z ekranu kina, ratując świat przed III Wojną Światową oraz innymi zagrożeniami rodem z franczyzy Call of Duty. Fallout jest już szóstą odsłoną cyklu Mission: Impossible – śmiało mogę powiedzieć, że najlepszą.

Mission: Impossible – Fallout jak musical kina akcji

Mission: Impossible – Fallout to epopeja kina akcji na miarę drugiej dekady XXI wieku. Twórcy umiejętnie trawestują każdą kliszę tego gatunku, ścierają ze sobą humor i powagę, przenoszą protagonistkę oraz jego ekipę do kolejnych lokacji wyjętych wprost z wakacyjnych pocztówek. Budują napięcie i podkręcają stawkę – losy świata znów znajdują się w rękach grupki śmiertelników. Oglądając filmy takie jak Fallout, trudno nie docenić wpływu indonezyjskiego Raid z 2011 roku na rozwój współczesnego kina akcji. Hollywoodzkie koncerny zaczęły odchodzić od formalnego stylu znanego z widowisk o Jasonie Bournie, w których dynamika montażu stawiana była na progu możliwości percepcyjnych widza (przekreślając przy tym szanse na dokończenie seansu przez każdego epileptyka na sali kinowej). Obecnie tylko najtańsze filmy sięgają po podobny zabieg, by ukryć braki i wady obrazu.

Widowiska jak John Wick, Szybcy i wściekli czy Mission: Impossible mają w sobie coś z późniejszych musicali, których premiera przypadła na lata 70. i 80. XX wieku. Taniec nie stanowił już autonomicznej warstwy fabularnej, niezależnej od toku narracyjnego w filmie. Przeciwnie – rozbudowana choreografia tak w Kabarecie, jak i w Johnie Wicku 2 sprawuje rolę głównej osi napędowej produkcji, dostosowanej tyleż do wymagań gatunkowych (a co za tym idzie: oczekiwań odbiorcy), co rozwijającej historię danego tytułu. Fabuła pomiędzy wskazanymi sekwencjami zostaje przy tym zminimalizowana wyłącznie do najważniejszych informacji. Bohaterowie z kolei podróżują do poszczególnych lokacji, by tam uczestniczyć w rozbudowanych scenach walk – na ziemi, w powietrzu i w wodzie; biorąc udział w pojedynkach wręcz, w strzelaninach, w pościgach samochodowych… Fallout przedstawia każdą możliwą konfigurację z mokrych snów miłośnika kina akcji, tworząc finezyjny spektakl prochu, dynamitu… oraz bomb nuklearnych. Sztuka wykorzystania przestrzeni oraz finezyjnej choreografii wycieka nawet z banalnego mordobicia w klubowej toalecie.

Najlepszy film serii!

Ostatnimi czasy Tom Cruise staje się gwarantem dobrej rozrywki w kinie. Oczywiście, pomijam tutaj Mumię, którą ciężko nazwać filmem – to bardziej neurotyczny projekt, fatalny prolog słusznie mordujący w zarodku całe kinowe uniwersum ikonicznych potworów. Na szczęście pozostałe przedsięwzięcia zasługują na większą uwagę. Na skraju jutra imponowało odważnym i oryginalnym podejściem do oklepanego motywu inwazji obcych. Barry Seal: Król przemytu karmił gorzkim eskapizmem na miarę Wilka z Wall Street. Każda część Mission: Impossible od czasów Ghost Protocol okazywała się nad wyraz satysfakcjonującym blockbusterem. Rogue Nation uszczęśliwił fanów buddy movies, a najnowsza odsłona serii to wisienka na torcie – zwłaszcza jeśli chodzi o popisy kaskaderskie aktorów. Tom Cruise osobiście wykonuje większość niebezpiecznych scen (co ostatecznie skończyło się złamaną kostką), skacze z samolotu na wysokości 8000 metrów, zwinnie lawiruje w stylu parkour pośród miejskiej infrastruktury. Widowisko unika przy tym nagminnego sięgania po CGI, co osobiście mnie uszczęśliwia. Zwłaszcza, że tegoroczny sezon nakarmił mnie cyfrowym koszmarem już na samym początku, w Czarnej Panterze. Potem było tylko gorzej: Deadpool 2 oraz Jurassic World: Upadłe królestwo wyglądał niemal jak komputerowe perełki minionej dekady (pisząc to, mam przed oczami stado małp z Indiany Jonesa i Królestwa kryształowej czaszki).

Największą zaletą Mission: Impossible – Fallout jest zręczne przeplatanie motywów z wcześniejszych filmów. Wzorując się na franczyzie Szybkich i wściekłych, Christopher McQuarrie tworzy supergrupę przyjaciół, którzy wspólnie ratują świat przed kolejnymi zagrożeniami. Nie zabraknie również postaci z początków franczyzy. W tym kontekście Fallout rzetelnie odnosi się od swoich korzeni – nie wstydzi się zabawy z maskami i przebierankami, skrupulatnie powtarza wątki z pierwszej i drugiej odsłony serii, modyfikując je w oryginalny sposób. Powrócą postacie znane z Mission: Impossible III oraz zadebiutują nowi wrogowie. Na celowniku znów znajdzie się antagonistyczna organizacja Syndykat, wyraźnie wzorowana na bondowskim Spectre. Termin „spektakularność” odnosi się do każdego aspektu widowiska – warstwy formalnej, merytorycznych wartości tytułu oraz skali całego przedsięwzięcia.



Mission: Impossible – Fallout – czy wybrać się do kina?

Mission: Impossible – Fallout to definitywnie najlepsza odsłona serii. Jest dostatecznie poważna, by nie zamienić cyklu w prześmiewczy żart kina eksploatacji i wystarczająco zdystansowana, aby nie zrazić do siebie fanów spektakularnych widowisk z humorkiem. Fobia Toma Cruise’a do korzystania z greenscreenów tylko wychodzi jej na dobre. Twórcy skrupulatnie pozbierali każdy wartościujący element serii – Fallout to swoiste the best of Mission: Impossible. Wartkie i narwane, rozbuchane i eskapistyczne – idealnie komponujące się z gorącym klimatem za oknem.

Mission: Impossible - Fallout - podsumowanie:

7.5

PLUSY:
+ spektakularne sceny akcji z rozbudowaną choreografią;
+ kaskaderskie sztuczki Toma Cruise'a;
+ satysfakcjonujące the best of... Mission: Impossible;
+ powracają bohaterowie z pierwszych odsłon serii;
+ balans pomiędzy powagą a dystansem / samoświadomością;
+ Ethan Hunt jako godny następca Jamesa Bonda i kumpel po fachu Szybkich i wściekłych.

MINUSY:
- wąs Henry'ego Cavilla, przez który Liga Sprawiedliwości kosztowała jeszcze więcej milionów dolarów.

Ocena7.5
Reader Rating: ( 0 vote ) 0