Home Recenzje „Na skraju jutra” – recenzja

„Na skraju jutra” – recenzja

„Na skraju jutra” – recenzja

„Na skraju jutra”, czyli nowy film z gatunku science-fiction już od jakiegoś czasu szaleje w kinach. Warto się wybrać? Sprawdźcie w naszej recenzji!

Jesteście niecierpliwi? Bardzo proszę: wyłączajcie kompa i idźcie do kina. Natychmiast. Moim skromnym zdaniem „Na skraju jutra” to najlepsza produkcja SF tego roku i po prostu nie wypada jej nie zobaczyć. Dlaczego? Poniżej odpowiedź dla tych bardziej cierpliwych.

„Na skraju jutra” to w zasadzie „Dzień świstaka” na bardzo, bardzo mocnych sterydach. Film, oparty dość luźno na powieści „All You Need is Kill” Hiroshiego Sakurazaki, opowiada – dość klasycznie – historię walki ludzi z najeźdźcami z kosmosu, którzy przewyższają nas znacznie zdolnościami bojowymi. Przełomem w tej próbie sił okazuje się pozornie pozbawiony znaczenia moment, w którym nominalny major William Cage (w tej roli Tom Cruise) zostaje niemal przemocą ściągnięty na front, a następnie zabity w paskudny sposób.

A potem się budzi.

Szybko okazuje się, że nabyta przez przypadek zdolność „przeżywania” własnej śmierci i cofania się w czasie circa 24 godziny mocno się przydaje, choć nie gwarantuje uniknięcia przeróżnych nieprzyjemności następujących po momencie, w których nasz bohater ostatnio „zasejwował”. Całą sytuacja gmatwa się jeszcze bardziej, kiedy na drodze Billa staje Rita Vrataski – bohaterka jednej z ważniejszych bitew, która również miała okazję pooszukiwać trochę w grze w życie wojaka, ale straciła ją przez głupi przypadek. Bohaterowie postanawiają połączyć siły, by – za pomocą zdolności majora – tak ułożyć historię, by to ludzie byli górą. Jak łatwo się domyślić, zadanie okazuje się trudniejsze, niż się na początku wydawało.

Częściowo dzięki talentowi reżysera, a częściowo dzięki konwencji, żywcem wyjętej z gier komputerowych, „Na skraju jutra” ogląda się jak jeden długi, zapierający dech w piersiach zwiastun filmowy. Na ekranie cały czas coś się dzieje (często kilkukrotnie, ale w różnych wariantach), fabuła rwie naprzód, dodatkowo bawiąc widza wstawkami typowo czarno-komediowymi (ilość możliwych wariantów śmierci na froncie jest doprawdy zachwycająca). Po chwili jednak okazuje się, że sytuacja głównych bohaterów wcale nie jest taka kolorowa, a zdolność częściowego manipulowania czasem nie gwarantuje zwycięstwa w warunkach, w których gatunek ludzki sprowadzony jest do parteru graniczącego z kompletnym dnem.

Dobry scenariusz, sprawny montaż oraz kilotony eksplozji i akcji doprawione są więc mrocznym klimatem rodem z najlepszego kina apokalipytyczno-katastroficznego, a do tego wszystkiego dorzucono jeszcze sprawnie poprowadzony wątek pojawiającej się więzi emocjonalnej, łączącej dwójkę ludzi, na barkach których faktycznie spoczywa los całego gatunku. Trudno nie uznać takiej mieszanki za udane połączenie i widz faktycznie żałuje, kiedy na ekranie pojawiają się napisy końcowe. Z drugiej strony – może to i lepiej, bo „Na skraju jutra” nie jest przy okazji tworem przegadanym.

W dziele Douga Limana trudno mi się w praktyce doszukać jakichś większych wad. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to być może do nieco po macoszemu potraktowanego początku filmu (cała sprawa inwazji opowiedziana nam jest w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund) oraz… samej końcówki, nie do końca grającej pod względem spasowania z linią czasu. To jednak pierdoły, nie mające większego wpływu na zdecydowanie pozytywny odbiór całości.

Najprościej mówiąc, hasłem podsumowującym całą powyższą opinię powinna być parafraza hasła reklamowego „Na skraju jutra”: Obejrzyj, wyjdź, powtórz. Najlepiej wielokrotnie.

Piotr Brewczyński