Home Recenzje „Niesamowity Spider-Man 2” – recenzja

„Niesamowity Spider-Man 2” – recenzja

„Niesamowity Spider-Man 2” – recenzja

Już 25 kwietnia do kin wchodzi druga część „Niesamowitego Spider-Mana”. Czy Człowiek Pająk ma szansę dorównać swoim innych superbohaterskim kumplom? Zapraszamy do naszej recenzji!

Odkąd Tobey Maguire przestał grać Człowieka Pająka, świat odetchnął z ulgą. Co prawda nie trzeba było długo czekać na to, by ktoś z kolei obsadził Bena Afflecka w roli Batmana, ale przynajmniej uniwersum Marvela zostało uwolnione od aktora, który przez większość czasu wygląda tak, jakby połknął własne gile.

Andrew Garfield, pomijając skojarzenia ze zgoła odmiennym, pomarańczowym bohaterem komiksów, w roli Pajęczaka spodobał się nie tylko krytykom, ale przede wszystkim widzom. To zagwarantowało pierwszemu spider-filmowi Webba drogę do sukcesu, choć krytykami i tak mało kto się przejmował.

Były i głosy oburzenia – głównie na to, jak mocno nowa seria o Człowieku Pająku odstaje od tego, co prezentują Avengersi et consortes. Seria zapoczątkowana „Iron Manem” stara się przynajmniej w minimalnym stopniu urealniać to, co widzimy na ekranie. Marc Webb ma to natomiast gdzieś i dalej robi swoje, na co dowodem jest „Niesamowity Spider-Man 2”.

To, co mnie w tym filmie zachwyciło (niecierpliwi już tutaj mogą przestać czytać, bowiem uważam, że produkcja jest wypaśna), to kompletne oddanie się reżysera komiksowemu pierwowzorowi. Owszem, mamy drobne odstępstwa na rzecz elementarnej logiki i tego, by nie tylko 13-latki dobrze się na pokazie bawiły, ale w ogólnym zarysie nowy Pajęczak to po prostu napakowany akcją blockbuster, obficie przyprawiony poczuciem humoru i kolejnymi mrugnięciami w kierunku fanów komiksu.

Fabuła jest oczywiście banalna i, jak to w komiksach Marvela bywa, zaczyna się właściwie od tego, że jakiś frajer wpada do pojemnika z czymś tam. Czy to będzie promieniowanie, czy piasek, czy węgorze elektryczne to już w zasadzie żadna różnica – grunt, ze skutki są opłakane, a wspomniany frajer zyskuje super moce, które w teorii dają mu możliwość władania nad światem. To byłoby jednak za proste – lepiej dać się porwać małostkowości i skoncentrować wszystkie nowo nabyte siły na próbach dokopania jedynej osobie w mieście, której dokopać się nie da, bo strzela pajęczyną z nadgarstków i przylepia się do ścian. No dobra – jest jeszcze super-silna, to trzeba przyznać.

W tle mamy oczywiście jeszcze rozterki sercowe z powodów nieco wydumanych oraz historię z rodzicami Petera Parkera, która w komiksowej wersji nie raz wywoływała skandal – głównie ze względu na bezdenną głupotę tego wątku.

Na szczęście, Webb radzi sobie z tym wszystkim śpiewająco. Trzymając się ściśle kanonicznej części historii, jednocześnie bawi się konwencją i przerabia po swojemu te jej elementy, które nie utrzymałyby się we współczesnym kinie. Do tygla dolewa wzmiankowane już poczucie humoru i brawurę Parkera, którego tak brakowało McGuireowi; aż trzech klasycznych (choć nieco stuningowanych) Tych-Złych z nieco głupkowatym Electro na czele oraz… konkretną dawkę świetnej, ale to naprawdę świetnej ścieżki dźwiękowej (w tym potężną dawkę dubstepu – czujcie się ostrzeżeni).

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani albo po prostu wstydzicie się przyznać, że jarają Was przygody gościa przebranego w lajkrowe (o, pardon – semtexowe) body, namówcie młodsze rodzeństwo (albo Wasze latorośle), żeby udawało, że ciągnie Was do kina siłą. Przygotujcie się jednak na to, że wyjdziecie zrelaksowani i bardzo zadowoleni, więc trzeba się będzie potem gęsto tłumaczyć.

Piotr Brewczyński