Home Recenzje „Niesamowity Spider-Man” – recenzja

„Niesamowity Spider-Man” – recenzja

„Niesamowity Spider-Man” – recenzja

Już 4 lipca do polskich kin wchodzi restart serii o Człowieku Pająku, gdzie główną rolę gra Andrew Garfield. Czy „Niesamowity Spider-Man” w reżyserii Marca Webba jest lepszy niż poprzednia wersja z 2002 roku od Sama Raimiego? Zapraszamy do naszej recenzji.


Chyba nikt nie lubi restartów serii, a już zwłaszcza serii filmowych, które dorobiły się więcej niż jednej części. Pewnie, nikt by się nie obraził, gdyby ktoś nakręcił od nowa „Złoty Kompas”, zwłaszcza po tym, jak film pod tym tytułem okazał się mieć niewiele wspólnego z popularną na zachodzie serią książkową. Jednakże chyba nikt nie wyobraża sobie ponownego porywania się na przykład na serię o „Harrym Potterze” – to po prostu nie miałoby sensu.

Jest jednak pewna kategoria ekranizacji, które takiego zabiegu się nie boją, bowiem same opierają się na bardzo zmiennym medium. Mowa tu oczywiście o filmach na podstawie komiksów, a do nich zalicza się – jak dobrze wiemy – najnowsza kinowa odsłona przygód Spider-Mana.

Alternatywnych serii, a co za tym idzie – także początków przygód Człowieka-Pająka jest więcej niż chciałoby mi się tutaj wymieniać. Zazwyczaj różnią się one detalami, takimi jak wiek głównego bohatera czy zakres mutacji, które przeszedł po ugryzieniu przez radioaktywnego pająka. „Niesamowity Spider-Man” bierze na warsztat wersję stosunkowo nową, choć niezbyt lubianą przez starszych fanów. Peter Parker jest tu nieco młodszy niż w filmach Riamiego – ma zaledwie 17 lat. Ponadto jego mutacja następuje w trochę innych niż uważane za klasyczne okolicznościach, które jednak usprawiedliwione są przez chęć twórców do uwiarygodnienia całej historii, a także nadania jej wewnętrznej spójności. To ostatnie jest o tyle ważne, że niebagatelną rolę w filmie (a także całym zapowiadanym cyklu) pełni historia rodziców Petera Parkera. Wreszcie – w „Niesamowitym Spider-Manie” nie doświadczymy Mary-Jane Watson; miłośnicy „pajęczych” wątków miłosnych na pewno docenią fakt pokłonu w stronę chronologii komiksowej, jakim jest wcześniejsze wprowadzenie na ekran postaci Gwen Stacy. Kolejne różnice można by wymieniać niemal w nieskończoność – powyżej pominąłem choćby fakt, że w „Niesamowitym Spider-Manie” przeciwnikiem Parkera jest Lizard. Co jednak najważniejsze to fakt, że pomimo iż jest to „tylko” restart serii, nowy Spider-Man jest tak inny od poprzednich produkcji o Człowieku-Pająku jak to tylko możliwe.

No i rzecz najważniejsza – różnica jakościowa. Dwie ostatnie części Spider-Mana w reżyserii Sama Raimiego nie zebrały, delikatnie mówiąc, najgłośniejszego aplauzu. Mocno dostało się szczególnie potwornie schematycznej i przewidywalnej części drugiej. W porównaniu z nimi film Marca Webba wypada naprawdę fenomenalnie, choć – jak to zwykle bywa – nie jest pozbawiony wad.

Dużą zaletą „Niesamowitego Spider-Mana” jest nieco mroczniejszy klimat, wyrażony już choćby samym strojem głównego bohatera oraz faktem, że w działaniu widzimy go głównie w nocy. Nowy odtwórca roli Człowieka-Pająka również bardzo dobrze się sprawdza, choć to może być opinia mało obiektywna, jako że osobiście nie jestem fanem Tobyego Maguire’a. Z drugiej strony, cecha wspomniana w pierwszym akapicie nieco zaważa na ogólnej „humorystyczności” bohatera, znanego jako jednego z bardziej bezczelnych i zabawnych postaci uniwersum Marvela. Nie to jednak, żeby film był od początku do końca poważny – warto tu wspomnieć świetną scenę z udziałem (a jakże) samego mistrza – Stana Lee. Ponadto, film Webba momentami bywa paradoksalnie bezsensowny, nawet po uwzględnieniu specyficznej konwencji. Tu na prowadzenie zdecydowanie wysuwają się niektóre działania blond-piękności Gwen Stacy, granej przez Emmę Stone.

Co by jednak nie mówić, wyszedłem z kina bardzo zadowolony. Jako fana nowoczesnych linii Marvela film wciągnął mnie znacznie silniej niż produkcje Riamiego, jednocześnie ciesząc wiernością komiksowi. Brak niektórych postaci rekompensuje obietnica ich pojawienia się w kolejnych filmach; choć przyznam, że akurat scena po napisach nie zainteresowała mnie tak bardzo, jak to zazwyczaj miewało miejsce w filmach, do których Marvel przyłożył metaforyczną rękę.

„Niesamowity Spider-Man” nie jest zapewne produkcją na miarę „Avengersów”, ale jeśli szukacie miejsca, w którym będzie można na chwilę schować się przed bezlitosnym lipcowym słońcem, to jego seans wydaje się całkiem sensownym pomysłem. Zapewni Wam dwie godziny rozrywki na przyzwoitym poziomie, a jednocześnie w interesujący sposób przypomni jednego z najbardziej popularnych bohaterów komiksu amerykańskiego.

Piotr Brewczyński