Home Recenzje „Noe: Wybrany przez Boga” – recenzja

„Noe: Wybrany przez Boga” – recenzja

„Noe: Wybrany przez Boga” – recenzja

Darren Aronofsky w swym najnowszym filmie bierze się za pas z historią o Noe, potopie i arce. Nie należy się jednak spodziewać wiernego odwzorowania biblijnych dziejów: reżyser i scenarzysta dodaje wiele elementów fantastycznych, a także w dużym stopniu zmienia wymowę opowieści.

Co do zasady, jest to oczywiście historia, którą każdy zna, więc nie trzeba się nad nią rozwodzić. Pies jest pogrzebany w szczegółach, które powodują, iż jej odbiór staje się inny. Najbardziej widoczne jest to za sprawą elementów fantastycznych i scenograficznych. Świat przedstawiony w „Noe: Wybrany przez Boga” to kojarząca się z postapokaliptycznymi wizjami półpustynia – efekt zniszczeń spowodowanych przez rozwój ludzkiej cywilizacji. Spustoszenie Ziemi idzie w parze z upadkiem moralnym ludzkości: Bóg postanawia oczyścić planetę za pomocą potopu, chcąc ocalić jedynie czyste istoty bez grzechu. Noe bierze ten przekaz dosłownie interpretując, że żaden człowiek nie ma przeżyć, co implikuje dalszy rozwój fabuły i rozwój napięć w jego rodzinie. Na dokładkę dostajemy także upadłe anioły w postaci kamiennych olbrzymów, wybuchające kamienie, magiczny test ciążowy czy armię średnio rozgarniętych barbarzyńców (standardowych badguyów napawających się okrucieństwem).

Z jednej strony jest to więc opowieść o ludzkim dramacie, którego doświadcza Noe stojąc między nakazem Boga, a powinnością w stosunku do rodziny (niezła rola Russella Crowe’a, który obok Jennifer Connelly wyróżnia się na tle raczej bezpłciowej obsady). Dramat ten jednakże szybko okazuje się monotonny i przewidywalny, co przekłada się na szybki spadek zainteresowania fabułą. Z drugiej jest to próba ukłonu w stronę fanów blockbusterów, ale zarówno widowiskowość, jak i natężenie akcyjnych i spektakularnych scen jest na tyle małe, że można to ocenić jedynie jako niezbyt udaną próbę. Na dokładkę obraz epatuje dość nachalnym proekologicznym przekazem, który może znaleźć uznanie tylko wśród zagorzałych zwolenników tej filozofii, ale osoby obojętne może tylko do niego zrazić.

W filmie widoczne są charakterystyczne dla Aronofsky’ego plany i kadry, jednakże jest ich stosunkowo niewiele. Na pozór strona wizualna prezentuje się przyzwoicie, z obowiązkowym trzecim wymiarem, malowniczymi plenerami i efektami specjalnymi. Na uwagę zasługują fragmenty, gdzie (nie tylko) biblijne opowieści są przedstawiane na zasadzie następujących po sobie obrazów/klatek. Z drugiej strony jednak przynajmniej w kilku miejscach, przy kamerze w ruchu lub bardziej dynamicznych scenach obraz się rozmywa i staje się nieczytelny dla odbiorcy. Również przedstawienie niektórych zwierząt (których nota bene jest zaskakująco mało jak na tę opowieść) są mało realistyczne, bardziej przypominające modele niż rzeczywiste istoty. W efekcie reakcje na bodźce wzrokowe podczas seansu są ambiwalentne: czasem pozytywne, kiedy indziej przynoszące rozczarowanie.

Oddzielną atrakcją pokazu prasowego – przynajmniej w założeniach – było wykorzystanie technologii 4D. To rozwiązanie jest stosunkowo nowe i prawdopodobnie podobnie jak w przypadku pierwszych prób z trzecim wymiarem, tak i tutaj twórcy filmów muszą się jeszcze sporo nauczyć w kwestii jego rozsądnego wykorzystania. W „Noe” wiało, błyskało, syczało, trzęsło i waliło, bardziej dekoncentrując niż wzbogacając doznania wizualne: czasem co prawda odpowiadało to wydarzeniom na ekranie, ale częściej dobór efektów specjalnych wydawał się losowy.

Zanim Aronofsky zabrał się na poważnie za kręcenie filmu, wraz z dwójką współpracowników na kanwie scenariusza stworzył powieść graficzną (na razie trzy z czterech tomów ukazały się w Polsce nakładem SQN). O ile historia ta ma z pewnością komiksowy potencjał, to w filmie już tak dobrze się nie sprawdziła: zabrakło jednoznacznej decyzji, czy miała to być ekranizacja biblijnej historii, akcyjne kino fantastyczne czy ideologiczny film z ekologicznym przesłaniem. W „Noe: Wybrany przez Boga” pojawiają się wszystkie te elementy, ale nieukładaną się w spójną całość, przynosząc już podczas seansu znużenie i rozczarowanie.

Tymoteusz Wronka