Home Recenzje „Pacific Rim” – recenzja

„Pacific Rim” – recenzja

„Pacific Rim” – recenzja

Guillermo Del Toro znowu to zrobił – nakręcił film idealnie rozrywkowy, w którym oszałamiające ujęcia mieszają się ze sporą dawką humoru. Jednocześnie co chwilę twórcy puszczają oko do widza, jakby mówili: „My bawiliśmy się świetnie, teraz Wasza kolej.” I mają rację – zabawa jest przednia.

Ostatnimi czasy coraz trudniej o filmy, które okazują się dokładnie takimi, jakimi zapowiadano je w trailerach. Z „Pacific Rim” nie ma tego problemu – to naładowana akcją i ociekająca niesamowitymi efektami specjalnymi opowieść o walce stworzonych przez ludzi monstrualnych robotów z wyłaniającymi się z dna oceanu potworami Kaiju. Nic mniej, nic więcej. Oczywiście, pierwszym pytaniem, jakie należy sobie zadać zanim zakupi się bilet jest: czy kupuję taką konwencję? Jeżeli nie przeszkadza Wam portal między wymiarami na dnie Pacyfiku i wyłażąca z niego rodzinka Godzillowskich, ten film jest dla Was.

Trzeba jednak zaznaczyć, że Del Toro wie, jak opowiadać historie i nawet na tak z pozoru absurdalnych fundamentach potrafi (z pomocą Travisa Beachama) zbudować dobry scenariusz. To nie bzdurne „Transformersy”, które lepiej ogląda się z wyłącznym dźwiękiem; „Pacific Rim”, choć ma przede wszystkim wbijać w fotel, oferuje także pewną opowieść. Ogromną zaletą scenariusza jest fakt, że nie zaczynamy w punkcie zero, a więc nie powielamy klasycznego schematu: ludzkość została zaatakowana, przyparta do muru, a teraz kombinuje, jakby tu podjąć wyzwanie. Nie, w tym obrazie widz dostaje krótki wstęp z historią pierwszych starć z Kaiju, sama fabuła dotyczy jednak wydarzeń wiele lat po tym, jak pierwsze z monstrów wyłoniło się z oceanicznych głębin. Korzyści z tego jest wiele, bo raz, że bohaterowie mają jakąś przeszłość, dzięki czemu nie są papierowi, a dwa: możemy obserwować, jak pojawienie się przybyszów z innego wymiaru wpłynęło na politykę, ekonomię, a nawet wierzenia ludzi.

Co nie zmienia faktu, że „Pacific Rim” pozostaje typowym wakacyjnym blockbusterem, a więc przeładowanym do granic rozsądku efektami specjalnymi widowiskiem, z typowymi dla tego typu produkcji elementami, jak choćby podział bohaterów na wyraźne klasy: Stare Wygi (np. Pentecost), Młodzi Gniewni (Mako i Raleigh), Nie-tacy-młodzi i Butni (Chuck Hansen), Śmieszne Mięczaki (naukowcy Newt i Gottlieb), no i jeden osobny pododdział: Ron Perlman. W czasie seansu nie można oprzeć się wrażeniu, że filmowcy na planie bawili się wybornie, co widać zwłaszcza w małych smaczkach, zabawnych ujęciach, które są niczym wiadomość: Tak, wiemy, że znacie zasady tej gry. Nie, to nie jest kino egzystencjalne. Ale też nie tego się spodziewaliście, więc patrzcie, jak ten ogromny robot wali stwora statkiem w łeb.

I mnie osobiście podobało się patrzenie, jak ogromny robot walił stwora statkiem w łeb. Już od pierwszych ujęć, zanim jeszcze w ogóle pojawiły się napisy tytułowe, „Pacific Rim” sprawił, że otwierałem szeroko oczy ze zdumienia, jak zaczarowany wpatrując się w doskonale zrealizowane sekwencje z Kaiju. Później było zaś jeszcze więcej fenomenalnych walk, świetnych projektów stworów, momentami absurdalnego humoru i świadomie przerysowanych postaci (Rosjanie!) – widać, że Del Toro zna zasady tej gry, że wie, jakie prawa rządzą blockbusterami, niekiedy jednak woli je nagiąć bądź po prostu wyśmiać, łagodząc tym samym dawkę hollywoodzkości w „PR” (choć bez szczypty patosu i kilku bzdurności scenariuszowych się nie obyło).

Wprawdzie wolałbym, aby Meksykanin nakręcił „Hellboya 3”, ale jeżeli czas oczekiwania na zwieńczenie diabelskiej trylogii mają mi umilać produkcje pokroju „Pacific Rim”, nie mam nic przeciwko.

Marcin Zwierzchowski