Home Recenzje Player One – recenzja filmu. Spielberg sprawił nerdom frajdę! I zarazem jest trochę hipokrytą

Player One – recenzja filmu. Spielberg sprawił nerdom frajdę! I zarazem jest trochę hipokrytą

Player One – recenzja filmu. Spielberg sprawił nerdom frajdę! I zarazem jest trochę hipokrytą 7.0

Na ekrany kin trafiło najnowsze widowisko Stevena Spielberga, Player One. Gotowi na wartką, choć mało refleksyjną podróż do uniwersum franczyz i popularnych marek? Zapraszamy do recenzji filmu.

Player One to ciekawa krzyżówka koncepcji Harry’ego Pottera i Czary Ognia, teenage SF spod znaku Igrzysk Śmierci oraz mniej wizjonerskiej wersji Charliego i Fabryki Czekolady. Młodzi bohaterowie znów stawiają czoła wrogiej korporacji, a stawkę heroicznej rozgrywki stanowią losy całego świata (tym razem wirtualnego). Osadzenie akcji w cyfrowym uniwersum gier komputerowych oraz blockbusterów pozwala Spielbergowi wejść w multimedialną rozgrywkę z widzem – twórca igra ze zjawiskiem easter eggów, aplikując w fabułę liczne nawiązania do popularnych marek gier i komiksów. Niestety, reżyser nie uniknął przy tym moralizatorskiego tonu. Steven Spielberg wchodzi tutaj w rolę poczciwego dziadka, który dobrą radą służy, doskonale rozumie swoje wnuki, ale czasem palcem pogrozi.

Steven Spielberg i kino nowej przygody

Steven Spielberg uchodzi dziś za jednego z czołowych twórców popkultury oraz zjawiska określanego mianem kina nowej przygody, kształtującego się w globalnej kinematografii na przestrzeni końca lat 70. i w latach 80. XX wieku. Nurt łączył w sobie liczne gatunki filmowe, stawiał na wartką, dynamiczną akcję oraz unikał drastycznych scen przemocy i erotyzmu. Wtedy właśnie na ekrany multipleksów trafiły Gwiezdne Wojny oraz Bliskie spotkania 3. stopnia – zwłaszcza pierwszy z tytułów uchodzi za prekursora kina, opartego na znanych markach (dziś przechodzącego prawdziwy renesans).

Po 40 latach reżyser postanawia podsumować okres wysokobudżetowych blockbusterów, równocześnie przedstawiając światu kulturę graczy. Konkluzja wypada dość pesymistycznie. Choć globalny rynek ugina się pod natłokiem gier komputerowych i kolejnych wysokobudżetowych marek, brakuje w nim duszy. Podobnie jest z filmem. Klimat widowisk grzęźnie pod lawiną efektów specjalnych oraz klisz, których nie przezwycięży żaden nastoletni wybraniec (chyba, że jest Ostatnim Jedi). Z drugiej strony Player One to ciekawa rozrywka dla każdego fana popkultury. Spielberg stawia tutaj pomnik kultury nerdów mniej trwały, niż ze spiżu, jednak dostatecznie gustowny, by spodobać się większej części społeczeństwa.

Poszukiwacze zaginionych easter eggów

Laleczka Chucky, King Kong czy tyranozaur z Parku Jurajskiego – po przeciwnej stronie barykady liczne analogie do Halo oraz Gears of War. Intertekstualność Playera One plasuje się na dwóch poziomach. Niektóre nawiązania do kultowych tytułów mają bezpośredni wpływ na tok fabuły (m.in. etap zainscenizowany na modłę Lśnienia Stanleya Kubricka oraz motyw „Różyczki” z Obywatela Kane’a) – za ich pomocą twórcy kreują przebieg narracji. Co ciekawe, najczęściej są to tytuły sprzed czasów kina nowej przygody. Inne easter eggi związane z popkulturą końca lat 70. i kolejnych dekad XX wieku umieszczone zostają na dalszym planie, polegając na bystrym oku obeznanego widza.

Czyżby zatem sam Spielberg poparł tezę kina postmodernistycznego, zwiastującego śmierć oryginalności fabuły na rzecz kreatywnego splatania klisz i znanych motywów? Czy zdaniem twórcy E.T., schematy budulcowe kina popularnego wyrastają na gruncie art house’u (w przypadku Lśnienia) lub historii sprzed roku 1950 (Obywatel Kane)? Jeśli odpowiedź na któreś z pytań brzmi przytakująco, Spielberg wyraźnie zredefiniował swój stosunek do kina popularnego.

Najlepsza adaptacja gier komputerowych?

Sam film nareszcie dostarcza środowisku graczy widowiska, które nie wywołuje nerwowego oczopląsu czy zgorszenia wśród fanów Assassin’s Creeda oraz miłośników innych multimedialnych tytułów. 6 kwietnia na ekrany kin trafiła też inna adaptacja gry, Tomb Raider. Oba filmy kontrastują ze sobą, jeśli chodzi o podejście do multimedialnej przestrzeni. Tomb Raider to bezpośrednia adaptacja popularnej serii o dzielnej pani archeolog. Steven Spielberg w Playerze One popada bardziej w konwencję Czarnego Lustra, przepowiadając futurystyczną przyszłość cyfrowego medium. Równocześnie próbuje przenieść na ekrany kin poszczególne elementy mechaniki czy schematy gier komputerowych, bez skupiania się na konkretnym tytule. Wychodzi umiejętnie – zwłaszcza w porównaniu do Małych Agentów 3D oraz zeszłorocznego Jumanji.

Środowisko graczy powinno być usatysfakcjonowane ze względu na fachową terminologię, którą posługują się bohaterowie produkcji. Wirtuoz kina popularnego nie byłby jednak sobą, gdyby nie skradł serca widzom na całym świecie – zwłaszcza tym, lubującym się w intensywnej akcji fantastyczno-naukowej z przyjemnymi protagonistami i karykaturalnymi złoczyńcami.

Spielberg-hipokryta

Największą wadą jest bez wątpienia stosunek twórców do środowiska graczy – ci, z jednej strony próbują zrozumieć to hobby, z drugiej grożą palcem i nawołują do odejścia sprzed ekranu monitora oraz oddaniu się w ramiona rzeczywistości. Trochę w tym motywie hipokryzji, zwłaszcza, że świat względnie-realny na płaszczyźnie fabuły produkcji wypada koszmarnie nudno w porównaniu do barwnej rzeczywistości wirtualnej. Sam – gdyby przyszło mi żyć w ukazanym uniwersum – nie ruszałbym się ani na krok poza środowisko graczy oraz eskapistycznej rozgrywki. Twórcy starają się przekonać widzów do odejścia sprzed komputerowych monitorów, równocześnie strasząc ich potencjalnym marazmem świata za oknem.

Na szczęście Player One to spełniony, letni blockbuster, pozwalający wpaść w strumień wartkiej akcji. Spielberg witał już kosmitów i jechał na grzbiecie tyranozaura – teraz nastał czas dla twórcy na ekspansję nowego terytorium medialnego. W swoim najnowszym widowisku przedstawia kino cyfrowej przygody – wychodzi mu to całkiem nieźle.

Player One - podsumowanie:

7.0

PLUSY:
+ wartka akcja,
+ dobra adaptacja schematów i konwencji gier komputerowych,
+ Player One jako forma podsumowania kina mainstreamowego oraz kilku ostatnich dekad franczyz,
+ zabawa w poszukiwanie easter eggów,
+ kreatywne łączenie znanych klisz oraz popkulturowych postaci,
+ Olivia Cooke znów podkreśla swój talent aktorski – wypada świetnie!

MINUSY:
- Steven Spielberg w roli dziadka, grożącego palcem: „nie graj mój widzu zbyt długo na komputerze”,
- sylwetki cyfrowych postaci nie posiadają charakterystycznego stylu w warstwie wizualnej – to kopia efektów CGI z każdego innego, hollywoodzkiego widowiska,
- momenty rozgrywające się w „rzeczywistości” są potwornie nudne,
- ciekawi bohaterowie, do momentu wyjścia z cyfrowej rozgrywki,
- trochę za dużo Czarny Ognia, Fabryki Czekolady oraz Igrzysk Śmierci.

Ocena7.0
Reader Rating: ( 6 votes ) 7.4

banner