Home Recenzje „Riddick” – recenzja

„Riddick” – recenzja

„Riddick” – recenzja

Już w piątek do kin trafi długo wyczekiwany „Riddick” z główną rolą Vin Diesela. Czy film jest soczystym i tłustym kąskiem dla fanów akcji i sci-fi jak pierwotnie zapowiadano? Zapraszamy do naszej recenzji.

Nie do końca rozumiem fenomen postaci Riddicka. Ok, było „Pitch Black”, które powstało 13 (sic!) lat temu i – jak na film z kolesiem, którego potem zobaczyliśmy w „xXx” – było całkiem znośnym survival „horrorem” w klimatach s-f. Potem ktoś miał za dużo pieniędzy i za mało oleju w głowie, w wyniku czego dostaliśmy „Kroniki Riddicka” – kiczowatą space operę z dialogami niczym z serialowej „Drużyny A”; w której większość ról, bez szkody dla ich wiarygodności, można było powierzyć sześciolatkom. Bogowie raczą wiedzieć, co na pokładzie tej szmiry robiła Judy Dench. No ale dobra, do trzech razy sztuka.

Na szczęście, jak się okazuje, nawet w „hollywoodach” czasem uczą się na własnych błędach.

Nie miejmy złudzeń – „Riddick” to nie jest próba nadania głębi serii, którą poprzednia część sprowadziła do intelektualnego parteru. Można go natomiast uznać za bardzo udany zabieg lobotomii, który dogłębnie usuwa najgorsze wspomnienia z poprzedniej części, w ich miejsce wkładając bardziej pasującą i sensowniejszą historię.

Po happy-endzie na pokładzie statku-matki Necromongerów, Riddick – jak się okazuje – nie dał się zniewolić władzy. Owszem, były cycki i alkohol, ale nasz łysy, srebrnooki bohater myślał głównie o powrocie na Furię – swoją planetę ojczystą. Z powodów, które widzom nie zostają do końca ujawnione, Vaako (albo inny Necro) wysyła Riddicka na zgoła inny kawał skały, dość mocno przypominający ten, który pamiętamy z „Pitch Black”. Tu łysy dostaje niewielkie wciry, po czym zostaje pozostawiony własnemu losowi.

I dobrze.

Jak się bowiem okazuje, Vin Diesel radzi sobie znacznie lepiej z mniejszymi grupami ludzkimi i problemami bardziej przyziemnymi niż wielka armia popaprańców, atakująca planetę za planetą. Po pozostawieniu w tyle nieszczęsnego wątku Necromongerów, Riddick wraca do tego, za co niektórzy pokochali „Pitch Black”. Konkretniej – do radzenia sobie z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi, dzikimi bestiami i jeszcze dzikszymi ludźmi.

„Riddick” to film podobny do pierwszej części przygód tytułowego bohatera. Tym razem jednak produkcja dostała większy budżet i powstała, co nie bez znaczenia, 10+ lat po tej ostatniej. W efekcie otrzymaliśmy dość wciągające, proste kino s-f, elementy survival-horroru, a także – co znamienne – parę naprawdę fajnych dialogów i scen. Daję słowo – po jednej ludzie nawet zaczęli klaskać.

No i jest Starbuck, jeśli wiecie, o czym mówię.

Po raz kolejny przekonałem się, że na nowe filmy lepiej wybierać się z jak najniższymi oczekiwaniami. Nie spodziewałem się wiele, a dostałem więcej, niż dało mi, powiedzmy – i za to pewnie ktoś mnie zlinczuje, ale cóż robić – „Elizjum”. Nikt nie trąbił mi, że to film sezonu; nikt nie zapewniał, że zostanę porażony jego oryginalnością. Bez wstępów i podchodów producenci kopnęli mnie w tyłek dobrym klimatem, klasycznymi, ale ciekawie rozwiniętymi schematami, a także dawką autentycznie dobrego humoru. Do tego cały meta-plot idzie do przodu, a pozostawieni na placu boju przeciwnicy, często nawet niedraśnięci, zapowiadają kolejny film. Skłamałbym jeśli bym powiedział, że nie jestem go ciekaw.

Piotr Brewczyński