Home Recenzje „Sąsiedzi” – recenzja

„Sąsiedzi” – recenzja

„Sąsiedzi” – recenzja

„Sąsiedzi” to nowa przebojowa komedia z gwiazdorską obsadą. Czy warto się wybrać do kina? Zapraszamy do naszej recenzji.

Trudno powiedzieć, że jestem wielbicielem amerykańskich komedii. Owszem, lubię sobie od czasu do czasu włączyć „coś śmiesznego”, ale nie oglądam tego gatunku pasjami i nie czekam z wypiekami na każdy film, w którym główne role grają Ben Stiller, Will Ferrel czy – nie daj boże – Adam Sandler. Może to kwestia pewnego rodzaju znudzenia, a może dużej ilości żartów, w których najważniejszą rolę odgrywają kiełbaski sugestywnie wtykane w wypieki i inne produkty gastronomiczne, niemniej od pewnego czasu dla zrelaksowania mózgu wolę obejrzeć jakąś tępą strzelaninę niż film, którego główna oś fabuły kręci się wokół seksu z osłem.

Tym niemniej, na „Sąsiadów” się wybrałem. Dlaczego? Ano dlatego, że wcześniejsza komedia z Sethem Rogenem (a konkretniej – „To już jest koniec”) rozśmieszyła mnie tak wybitnie, że aż było mi wstyd. Podobnie zresztą było z moją dziewczyną, czego nie spodziewałem się zupełnie. Tym czasem z kina wyszliśmy w dobrych nastrojach, a ja na wspomnienie linijki „You think this is Scooby-Doo?!” wciąż uśmiecham się półgębkiem, a czasem nawet parsknę jak ostatni debil.

Sąsiedzi” dostali więc szansę. I co? I ją wykorzystali.

Nowy film w reżyserii Nicholasa Stollera to nic innego jak zupełnie klasyczny slapstick, w którym zostajemy rzuceni w wir nierównej walki pomiędzy sąsiadami. Z jednej strony mamy nie do końca normalną, młodą rodzinę z dzieckiem, z którą jednak ciężko nie identyfikować się w moim wieku (wzmiankowana para próbuje bowiem łączyć życie „dorosłe” z socjalnym, co nie zawsze do końca jej wychodzi); z drugiej mamy natomiast bractwo studenckie, które pomimo przeciwnych zapewnień nie potrafi (albo ma po prostu wywalone) żyć z sąsiadami w komitywie. Jeśli chodzi o fabułę, to właściwie tyle. Niby niewiele i nie zapowiada przesadnie dobrej rozrywki.

A jednak „Sąsiedzi” mają w sobie to COŚ, co statuuje dobry film rozrywkowy. Mamy masę prześmiesznych gagów, mamy zupełnie surrealistyczne sceny z udziałem osób trzecich, które zdecydowanie powinny się leczyć; mamy wreszcie Lisę Kudrow (czyli Phoebe z kultowych „Przyjaciół”), której gra aktorska tak silnie nawiązuje do jej najbardziej znanej roli, że trudno się nie uśmiechnąć.

Wydaje mi się, że w tym konkretnym przypadku najważniejsza okazała się nie fabuła czy ciąg przyczynowo-skutkowy jako taki, a raczej poszczególne, oderwane sceny, które łączą się w stosunkowo zwartą całość. Wygląda to tak, jakby Zac Effron, Seth Rogen, Rose Byrne i parę innych osób nagrali po prostu kilka dobrych skeczy komediowych, a następnie połączyli je w jedną zgrubną całość, dorzucając dla pikanterii kilka penisów w gumy, znaczną liczbę cycków oraz solidną ilość alkoholu.

Co ważne, myślę że bawili się podczas kręcenia tego niezobowiązującego filmu co najmniej tak dobrze, jak Wy będziecie bawili się w kinie. Jeśli więc macie wolny wieczór i parę luźnych PLN-ów w kieszeni, to czemu nie – w końcu śmiech to zdrowie i takie tam.

Piotr Brewczyński