Home Recenzje „Skyfall” – recenzja

„Skyfall” – recenzja

„Skyfall” – recenzja

Już w piątek do kin wchodzi 23. pełnometrażowy obraz o agencie 007, który nazywa się Bond… James Bond. Zapraszamy do naszej recenzji „Skyfall”.


Filmowa seria o Jamesie Bondzie obchodzi w tym roku 50-lecie istnienia. Przez ten czas powstały 23 filmy pełnometrażowe, których twórcy w różny sposób starali się podejść do postaci wykreowanej przez Iana Fleminga, niemal przy każdej poważnej zmianie narażając się na protesty fanów agenta 007.

Nie inaczej było siedem lat temu przy okazji kolejnej próby odświeżenia cyklu, kiedy wysłużonego już Pierce’a Brosnana zastąpił też niemłody aktor Daniel Craig – o, zgrozo! – blondyn i – jakby tego mało – w „Casino Royale” wyraźnie próbujący zerwać z wizerunkiem szarmanckiego dżentelmena (słynna kwestia „mam to w dupie” na pytanie barmana, czy Martini ma być zmieszane, czy wstrząśnięte…). Po pierwszym szoku widownia jednak przyzwyczaiła się do nowej odsłony przygód, zwłaszcza że i ta przeżyła wewnętrzną ewolucję od nieco melodramatycznego romansu z piękną Vesper, poprzez spaloną słońcem Boliwię, aż po „Skyfall”.

Nowy film jest nieco nostalgiczną próbą rozliczenia się z wizerunkiem filmowego agenta. Obserwujemy Bonda w jesieni życia, kiedy coraz bardziej męczy go praca dla MI6 traktującej swoich ludzi wyłącznie jako narzędzia. Starzejący się as wywiadu coraz gorzej radzi sobie we współczesnym świecie, gdzie od pewnej ręki i żelaznej kondycji (a i te coraz bardziej u niego szwankują) coraz istotniejsze są umiejętności poruszania się w cyberprzestrzeni. Zapada w pamięć scena w muzeum, w której na tle słynnego obrazu Williama Turnera, przedstawiającego żaglowca holowanego do rozbiórki przez parowiec, młodziutki Q z arogancją tłumaczy staremu wydze, że jest w stanie dokonać więcej w szlafroku z kubkiem earl greya w jednej ręce i myszką w drugiej więcej niż on pistoletem.

Nie są to czcze przechwałki. O ile podczas zimnej wojny twórcy political fiction straszyli nas wojną atomową, to teraz zagrożeniem nr 1 jest cyberterroryzm. Przez sieć można dokonać zupełnie realnych zniszczeń, np. wysadzić w powietrze siedzibę brytyjskiego wywiadu, przez co wygląda na to, że panowanie nad światem przejmą bladzi informatycy, a jądrem zła będzie nie bunkier z pulpitami do odpalenia głowic jądrowych, lecz solidna serwerownia. Na szczęście miast robić z Bonda cyberagenta z laptopem w ręku, twórcy „Skyfall” zdecydowali zmierzyć starodawnego agenta z niebezpieczeństwami naszych czasów.

Pomysł nie zawiódł. Daniel Craig może nie ma uroku Seana Connery’ego, ale Bond zarówno w pierwszym, jak i ostatnim wcieleniu aktorskim wzbudza mimowolny podziw, jak bezczelnością i niekonwencjonalnymi metodami stawia czoło kolejnym wyzwaniom. Nie ma nowych gadżetów, ale pewnie niejednemu fanowi serii łezka się w zakręci w oku, jak zobaczy słynnego Aston Martina z katapultowanym siedzeniem pasażera. Natomiast gdy w momentach triumfu pojawia się słynna melodia, widz momentalnie czuje się niczym na seansie najlepszych filmów cyklu.

Nie zabrakło także i innych atutów serii, czyli przepięknych plenerów i jeszcze piękniejszych kobiet. Piękny jest też arcywróg Bonda, znakomicie zagrany przez Javiera Bardema. Jak to z przeciwnikami 007 bywa, zdecydowanie przerysowany i jakby komiksowy, ale taki już urok serii.

Momentami film jest nieco ckliwy, ale można to twórcom wybaczyć, jeśli weźmie się pod uwagę, że „Skyfall” jest filmem raczej rocznicowym, rozliczeniowym. Końcówka daje nadzieję, że po uporaniu się z przeszłością własną i M Bond wróci do służby pełni sił. Czym jeszcze nas zaskoczy Daniel Craig, który będzie miał okazję dwukrotnie wcielić się w najsłynniejszego agenta jej królewskiej mości?

Michał Smętek