Home Recenzje Slender Man – recenzja filmu. To normix pośród setki podobnych zjaw i upiorów

Slender Man – recenzja filmu. To normix pośród setki podobnych zjaw i upiorów

Slender Man – recenzja filmu. To normix pośród setki podobnych zjaw i upiorów 3.0

Najnowszy horror studia Sony tworzy ze Slender Mana normixa pośród panteonu innych zjaw czy upiorów. Demon działa po nic, jego moce uwięzione zostają w marnych efektach komputerowych, a motywacje stanowią trawestację ikonicznych motywów znanych z The Ring. Zapraszam do recenzji Slender Mana.

Kino grozy od dwóch lat stoi na naprawdę wysokim poziomie. Trend na ambitne horrory rozpoczął się wraz z premierą Uciekaj!, później na duży ekran trafiło To, jednak dopiero rok 2018 dał fanom duchów i upiorów takie perełki, jak Ciche miejsce, Ghostland czy Dziedzictwo. Hereditary. Niestety po drodze znalazło się również kilka spartaczonych opętań, jak Prawda czy wyzwanie oraz Naznaczony: Ostatni klucz, jednak żaden nie prezentował tak niskiej formy jak Slender Man. Sceptyczne głosy pojawiły się już w momencie prezentacji pierwszego zwiastuna. Świat zdążył zapomnieć o potworze porywającym dzieci w internetowych miejskich legendach – do rynsztoka trafiło nawet dziesiątki gier, powstałych na bazie popularnej creepy pasty. Dla studia Sony to ostatni moment, kiedy potwór w garniturze z długimi rękami i mackami może przyciągnąć do kin chociaż kilku maniaków kina grozy. Efekt końcowy wypadł rażąco słabo.

Głos grozy dla millenialsów prawie jak The Ring

Studio Sony oferuje widzom grozę z nawiedzonego domu z biletami za 50 centów. Slender Man to typowy horrorek, powielający wszystkie klisze i schematy, przez które gatunek zdążył trafić już do lamusa. Jak zwykle w takim przypadku bywa, przenosimy się do szkoły średniej, do paczki nastoletnich przyjaciółek, których ulubionym sposobem na wspólne spędzanie wolnego czasu jest picie wódki i oglądanie… porno. Wszystko zmienia się, gdy dziewczyny znajdują w sieci tajemnicze nagranie, mające na celu przywołanie demona, Slender Mana. Od tego momentu twórcy sięgają po szereg chwytów utożsamianych z każdym oklepanym ghost story, poczynając od kultowego The Ring. Analogia do japońskiego tytułu jest zresztą nieprzypadkowa – w 1998 roku, u schyłku ery VHS, demon straszył poprzez nośnik kasety wideo. Slender Man, jako najpopularniejszy upiór w sieci, dostosowany zostaje do współczesnych czasów – wywodzi się z internetu i w nim też rozpoczyna swoje krwawe łowy. Problem polega na tym, że twórcy nie posiadali specjalnie oryginalnego pomysłu na poprowadzenie fabuły w filmie.

Na tym polega największa wada Slender Mana. Potwór jest głosem grozy dla millenialsów, Wilkołakiem i Draculą XXI wieku, narodzonym w medium, z którym najmłodsza część społeczeństwa najłatwiej się identyfikuje. Projekt nadesłany przez Erica Krudsena na internetowy konkurs w 2009 roku szybko okazał się hitem, na stałe przenikając do języka popkultury. Sieć momentalnie wypełniła się licznymi grafikami czy przeróbkami starych fotografii, przedstawiającymi upiorną postać. Serwisy wideo, jak YouTube, ugięły się z kolei pod natłokiem nagrań, w których Slender Man poluje rzekomo nocą na niewinne dzieciaki, grasuje pośród leśnych krajobrazów czy wychyla się zza rogu miejskiej infrastruktury. Paradoksalnie to właśnie te materiały wideo oraz szereg niskobudżetowych gier okazały się straszniejsze od hollywoodzkiego hitu, goszczącego obecnie na ekranach kin.

Kolejny normix pośród setki podobnych zmór i upiorów

Kinowy Slender Man cierpi bowiem na podobny kompleks, co większość – jeśli nie wszystkie – adaptacje gier komputerowych (by wspomnieć o tegorocznym Tomb Raiderze). Intrygujący tekst kultury w rękach amerykańskich koncernów filmowych staje się sflaczałą dętką, mającą nadzieję na przyciągnięcie choć kilku widzów na salę kinową. Kryminały i banały wchodzą tutaj w fuzję z typowymi horrorami z groźną muzyką, czego efektem staje się tytuł zupełnie niepotrzebny, nie wnoszący zupełnie nic do historii potwora z internetowych legend. Co gorsza, strachotwórcza cząstka filmu – opętanie przez tytułowego potwora – nie niesie za sobą żadnych motywacji. Slender Man po prostu jest – egzystuje w mrocznej przestrzeni i porywa niewinne dzieciaki według własnego widzi-mi-się. Ot! Kolejny normix pośród setki podobnych zmór i upiorów.

Najgorsza wydaje się jednak strona formalno-techniczna obrazu. Pamiętacie fragmenty nagrań z kaset VHS w The Ring? Twórcy Slender Mana również wędrują w podobne, pseudoawangardowe rejony swoich inspiracji. Niestety, tutaj efekty opętania: spowolnienie tempa akcji w poszczególnych scenach, rozmycie się konturów przedmiotów oraz postaci czy – z założenia przerażające – wizje bohaterów, przypominają bardziej parodie ze Strasznych filmów. Na deser dochodzi Slender Man, grany przez etatowego odtwórcę ról demonów z długimi rękami, Javiera Boteta. Komputerowość postaci skutecznie odbiera jej każdy efekt straszności – odchodząc od realizmu, producenci z wielkich amerykańskich koncernów zarżnęli pokłady lęku skrywane w sylwetkach duchów i upiorów.



Slender Man – czy warto wybrać się do kina?

Najnowszy horror studia Sony po macoszemu rozprawia się z miejską legendą. Powtarza sceny z innych horrorów, bazuje na sztucznym mroku, tanim CGI oraz szaleńcach z cieniami pod oczami, patrzącymi pustym wzrokiem w obszar na ścianie. Wcześniej Slender Man dopuścił się wiele złego – m.in. dwie dwunastoletnie dziewczynki ze stanu Wisconsin pod wpływem inspiracji internetową creepy pastą dźgnęły kilkunastokrotnie nożem swoją rówieśniczkę. Piekło z 2014 roku zostało zażegnane, chociaż trauma po tamtych wydarzeniach wciąż wisi nad amerykańskim społeczeństwem. Pełnometrażowy film o potworze nawet jej nie dotknie. Jest zbyt naiwny, wtórny i niepotrzebny, by obruszyć kogokolwiek – może za wyjątkiem sknery, który przeklnie zmarnowany wydatek na bilet. Prawdopodobnie jesteśmy świadkami śmierci Slender Mana.

Slender Man - podsumowanie:

3.0

PLUSY:
+ kilka udanych jump-scarów.

MINUSY:
- twórcy sięgają po najprostsze chwyty w straszeniu odbiorcy;
- horror psuje postać Slender Mana - rujnuje jej genezę oraz motywacje;
- koszmarne efekty specjalne;
- pseudoawangardowa próba ukazania opętań;
- ot! horror z nurtu ghost story jakich wiele na rynku.

Ocena3.0
Reader Rating: ( 1 vote ) 2