Home Recenzje „Thor: Mroczny świat” – recenzja

„Thor: Mroczny świat” – recenzja

„Thor: Mroczny świat” – recenzja

Bóg gromu zalicza udany powrót na wielki ekran. Choć nie pozbawiony wad, „Thor: Mroczny świat” gwarantuje świetną rozrywkę i mnóstwo śmiechu. Zapraszamy do naszej recenzji.

Marvel wypracował sobie pewną formułę na ekranizowanie wydawanych przez siebie komiksów, a ponieważ to podejście się sprawdza i przynosi niemałe dochody, studio konsekwentnie się go trzyma. Oczywiście największa w tym zasługa Jossa Whedona, który jako główny architekt całego uniwersum ma nad wszystkim pieczę – jego wkład w inne, nie reżyserowane przez siebie filmy jest naprawdę znaczny, w przypadku drugiej części „Thora” wzywano go nawet na plan, by pomógł Alanowi Taylorowi w uporaniu się z kilkoma szczególnie trudnymi scenami.

Rzeczywiście, wpływ Whedona w „Mrocznym świecie” jest aż nadto widoczny. To ta sama mieszanka efektowności, humoru i bardzo luźnego podejścia do historii, jaką widzieliśmy w „Avengers”. Nie brakuje więc scen, które olśnią rozmachem (atak na Asgard), ale przede wszystkim takich, które sprawią, że cała sala ryknie śmiechem (skonfundowany młot!). Najwięcej zaś w drugiej odsłonie przygód Boga gromu i jego przyjaciół jest sekwencji, które jednocześnie zachwycają wizualnie i rozbrajają świetnymi gagami – takie to już Whedonowskie podejście do scen akcji, zupełnie jakby wiedział, że walk stworów z bogami nie sposób traktować serio, dlatego zamienia je w komedię. Wyborną komedię, dodajmy.

I właśnie tymi efektami specjalnymi i humorem „Thor: Mroczny świat” nadrabia wiele, wiele niedociągnięć scenariuszowych i scenograficznych. Zaczynając od tego drugiego – kostiumy i rekwizyty w tym filmie są fatalne, zaczynając od śmiesznej tarczki (bo przecież nie tarczy) Sif, na sztylecie (a raczej nożu do otwierania kopert) Lokiego kończąc. Choć, to trzeba przyznać, drugi film w serii zaskakuje ciekawym połączeniem stylistyki fantasy z fantastyką naukową, dzięki czemu Asgard zyskuje zupełnie nowe oblicze. To jednak ledwie tło, najważniejsza wina zaś być historia, podczas seansu odnosi się natomiast wrażenie, że filmowcy nie podzielali tego zdania. W skrócie: scenariusz „Thora: Mrocznego świata” pisany był na kolanie, ma dużo dziur, nie opowiada żadnej historii, mroczne elfy przypominają Kitowców z „Power Ranwers”, a główny Schwarzcharakter jest wyjątkowo bezpłciowy.

Co z tego jednak, skoro mam ochotę ponownie wybrać się do kina? Bo świetnie się bawiłem, bo zauważałem te wady, ale miałem je gdzieś, bo Taylor z Whedonem robili wszystko, by każde niedociągnięcie rekompensować jakimś świetnym pomysłem. W efekcie „Mroczny świat” o kilka długości prześciga marną „jedynkę” i bardzo miło wypełnia nam czas oczekiwania na „Avengers: Age of Ultron”.

Marcin Zwierzchowski