Home Recenzje „Transformers: Wiek zagłady” – recenzja

„Transformers: Wiek zagłady” – recenzja

„Transformers: Wiek zagłady” – recenzja

Już od piątku w kinach „Transformers: Wiek zagłady”. Czy nowa część o wielkich robotach od Michaela Baya jest warta uwagi? Zapraszamy do naszej przedpremierowej recenzji!

Od dziecka jestem ogromnym fanem „Transformersów”. Większa część męskiej populacji na pewno mnie rozumie, ale formalności napiszę tylko, że według mnie jest coś urzekającego w prostocie pomysłu połączenia dwóch niewątpliwie bombowych rzeczy, czyli gadających robotów z kosmosu oraz wypasionych fur (ewentualnie radiomagnetofonów). Dosypcie do tego całą masę eksplozji (w końcu to Michael Bay), parę zgrabnych tyłków w obcisłych szortach i wypisz, wymaluj otrzymujemy film, który MUSI być przebojem, ku nieustającej wzgardzie naszych lepszych połówek. Pomimo tego, że druga (zwłaszcza) i trzecia część tej znamienitej serii znalazła się pod ogniem krytyki fanbojów, recenzentów filmowych walczących z „płytkim” kinem i innych ludzi, którzy być może nie zrozumieli, że w dużej mierze chodzi tu przede wszystkim o cycki, roboty i samochody podane na widowiskowej tacy, Bay postanowił ciągnąć dalej swoją cybertronową epopeję.

Stosunkowo świeżo po seansie mogę powiedzieć tylko jedno…

TRAGEDIA.

Tak jest – tragedia. I mówię to jako wielbiciel serii, który niejednokrotnie stawał do bitwy na argumenty z przeważającymi siłami przeciwnika, do ostatniej kropli krwi broniąc kinowych dokonań sławnych robotów.

Sam nie wiem od czego zacząć listę kwestii, które w tym filmie zostały dokumentnie spierniczone. Scenariusz? Jaki scenariusz? Większość filmu to niemal oderwane od siebie epizody, byle jak spięte fabułą rwącą się jak siatki z Biedronki. Niby mamy jakąś tam historię, ale nawet dewastowanie Petry w drugiej części sagi miało w sobie więcej logiki niż działania podejmowane przez dowolnego z bohaterów „Wieku zagłady”. No, może poza głównym złym – ten przynajmniej od połowy filmu wykazuje konsekwencję w postępowaniu.

Dialogi? O rany. Pod tym względem dowolny odcinek „Na Wspólnej” to przy czwartych „Transformersach” arcydzieło przemysłu filmowego. Śmieszność żartów jest na podobnym poziomie, Karol Strasburger zapewne już pisze pozew o przywłaszczenie sobie jego zapasu sucharów, a ilość łzawych one-linerów dotyczących miłości jest mniejsza tylko od ilości one-linerów dotyczących sprawiedliwości. Warstwy audio nie ratuje nawet muzyka – aż dziw, że głównego utworu nie gra Nickelback.

No dobra – to może roboty? Dinoboty owszem – są niezłe, wyglądają srogo i zostają wprowadzone do historii w gładki sposób. Szkoda tylko, ze nie sposób zrozumieć, dlaczego właściwie walczą – wątek ten, praktycznie jedyny ciekawy w całej historii, został przez twórców przedstawiony w dwóch niewiele mówiących zdaniach.

Co się natomiast tyczy reszty robotów, to – o zgrozo – to jest chyba największa porażka. Już pal licho, że w „Wieku zagłady” nie znajdziemy większości drugoplanowych postaci z wcześniejszych części – w końcu dotyczy to także postaci ludzi (swoją drogą, plejada barwnych bohaterów zostaje tu zastąpiona przez mdłych, nijakich frajerów – wyjątki są nieliczne). Chodzi o to, że nagle zamiast prawdziwych robotów otrzymujemy bandę dziwnych obszarpańców, z których jeden to zepchnięty na trzeci plan Bumblebee, drugi to grubas (sic!) z brodą (sic!) i cygarem (sic!), trzeci to samuraj (all the looks and shit), a czwarty ma płaszcz. PŁASZCZ! Wielki robot w płaszczu! Nie wiem nawet, jak to skomentować.

Aha. Czy wspominałem, ze wszystkie „nowe” roboty mają ludzką mimikę? Generalnie, zamiast Autobotów dostajemy od Baya bandę wielkich ludzi, którzy od czasu do czasu zmieniają się w samochód. Tak – tu też ponarzekam, bowiem kwestia możliwości transformacji w pojazd jest w „Wieku zagłady” potraktowana tak mocno po macoszemu, ze Bay powinien się wstydzić.

To tak ogólnie – zbierając szumowiny z wierzchu i nie nurkując w głąb tego mętnego robo-rosołu.

Czy są jakieś pozytywy? Tak, jasne. Mamy wspomniane dinoboty; mamy mój ukochany Hong-Kong; mamy pierwsze 15 minut, kiedy film faktycznie JEST śmieszny; oraz totalną rozwałkę, nijak mającą się jednak do tego, co widzieliśmy w „trójce”. Światełko w fabularnym tunelu, reprezentowane przez Lockdown’a zostaje natomiast rozdeptane przez ostatnią scenę, zadającą kłam wszelkiej, nawet nagiętej ku konwencji logice. Jeśli się wybierzecie, to domyślicie się, o czym piszę.

Szkoda mi. Naprawdę szkoda filmu, na który najarałem się jak szczerbaty na suchary i którego oczekiwałem od początku roku z zapartym tchem. Pomimo pokładów sentymentu i sympatii dla serii, Bay tym razem zawiódł na całej linii, dając mi coś, czego nawet nie można nazwać historią, a co napakowane jest mdłymi bohaterami i tekstami żywcem wziętymi z „Flirtu towarzyskiego”. Nie pomogły wybuchy i diabelnie zgrabne nogi Nicoli Peltz. Nie pomógł nawet Stanley Tucci, chociaż starał się jak mógł i z czystym sumieniem można powiedzieć, że gra najciekawszą postać w tej kaszance. Mark Wahlberg również nie pomógł, ale tego akurat można było się spodziewać.

„Wiek zagłady” zapewne i tak zostanie obejrzany przez wszystkich fanów sagi, a następnie kupiony przez nich na jakimś nośniku i włączony do osobistej kolekcji. Będzie tak choćby i w moim przypadku. Szkoda tylko, że najprawdopodobniej będzie to najbardziej zakurzone pudełko z DVD, jakie będę miał na półce.

Piotr Brewczyński