Home Recenzje „Wojownicze Żółwie Ninja” – recenzja

„Wojownicze Żółwie Ninja” – recenzja

„Wojownicze Żółwie Ninja” – recenzja

„Wojownicze Żółwie Ninja” już w piątek zaatakują polskie kina. Sprawdź naszą przedpremierową recenzję!

Są takie wspomnienia z dzieciństwa, do których powrót po latach bywa wyjątkowo bolesny. W moim przypadku było tak z kultowymi serialami akcji lat 90′ – „Drużyną A”, „McGyverem” czy „Airwolfem”. Już po 3 minutach powrotu do przeszłości okazało się, że niektórych wspomnień nie wolno konfrontować z doświadczeniami prawie 30-letniego życia, bowiem starszy mózg ma zadziwiającą skłonność do konserwatyzmu jeśli chodzi na przykład o pojmowanie podstawowych praw fizyki czy kształt linii dialogowych.

Idąc do kina na najnowszą wersję „Wojowniczych Żółwi Ninja” byłem pewien obaw, ale jednocześnie – pomimo tego, co zaserwował mi w ostatnich „Transformersach” – wierzyłem w Michaela Baya oraz w to, że niedostatki fabularne czy scenariuszowe zatuszuje srogimi eksplozjami zaserwowanymi w kluczowych momentach. Nie nastawiałem się na film mądry czy wzorcowo spójny – miałem po prostu nadzieję na trochę kung-fu akcji doprawionej kolorem zielonym, wariacjami na temat ulubionych bohaterów mojego dzieciństwa oraz tyłkiem Megan Fox.

Szkoda, że najlepiej wypadło to ostatnie.

„Wojownicze Żółwie Ninja” najlepiej charakteryzuje jedno zdanie, które po pokazie słyszałem od kilku osób: ten film jest zrobiony dla nikogo. Z jednej strony – widzowie w wieku 25+, którzy swego czasu wariowali na punkcie nowych figurek spod znaku „TMNT”, są już po prostu za mądrzy na wszystko, co Bay im oferuje. Nasze pokolenie nie strawi drętwych dialogów, slapstickowych, tandetnych gagów, w których brakuje tylko śmiechu z puszki; a już na pewno nie strawi suchych one-linerów Michelangela (który zawsze był moim faworytem), żywcem wyciągniętych z komedii dla nastolatków robionych 10 lat temu. A już zwłaszcza z dubbingiem. Błagam Was, jeśli już koniecznie chcecie iść na „Żółwie…”, wybierzcie wersję z napisami. Nie chcecie robić tego ani sobie, ani Waszym ewentualnym dzieciom.

A propos dzieci, to tu mamy drugą stronę medalu. 8-letni dzieciak, jakkolwiek nie byłby zajarany gadającymi żółwiami, katanami i całym tym szajsem, nie ma szans pojąć większości tekstów rzucanych przez bohaterów, chyba że od najmłodszych lat epatowany jest kulturą masową z naciskiem na szeroko pojętą fantastykę. Wierzę głęboko zarówno w dzisiejszą młodzież, jak i dzisiejszych rodziców, ale z tego co słyszałem, to z nawiązań do Jedi, „Zagubionych” czy X-Menów śmiali się na sali tylko dorośli, którzy – moim zdaniem – nie dysponowali zbyt świeżym poczuciem humoru. Do tego dochodzi ponadto kilka mrocznych scen w kanałach. Gdybym był 8-latkiem i oglądał je w ciemnym kinie, to najzwyczajniej w świecie posikałbym się ze strachu. Jeszcze pamiętam, jaką traumę wywołał u mnie „Park Jurajski”.

Ujmując rzecz prosto – film spodoba się tylko 8-latkom z popkulturalnym fundamentem i nerwami 30-latka oraz poczuciem humoru 60-latka śmiejącego się z dowcipów prowadzącego Familiadę. Znacie jakiegoś?

Czy coś ratuje „TMNT” z 2014 roku? Nie. Nie ratują ich efekty specjalne, nawet zastosowane w najlepszej scenie akcji w całym filmie; nie ratuje ich dowcip, jaki Michael Bay zrobił oburzonym fanom wmawiając im, że nowe Żółwie będą przybyszami z kosmosu; nie ratuje ich nawet – o zgrozo! – uroda Megan Fox, która chyba nawet w wieku lat 60-ciu pozostanie mokrym snem niejednego nastolatka. Przyznacie, że to musi być poważna sprawa.

Szkoda, że tak wyszło, ale można się było tego spodziewać. „Wojownicze Żółwie Ninja” poszły śladem 4-tej części „Transformersów” i – tego jestem pewien – zniechęciły do ekranizacji klasyków naszego dzieciństwa kolejne rzesze fanów. A wystarczyło zdecydować się na jednorodną konwencję – już samo to pozwoliłoby uczynić ten film o połowę bardziej „oglądalnym”.

Piotr Brewczyński