Home Recenzje Wyspa Psów – recenzja. Wes Anderson o polityce. Animacja poklatkowa zachwyca wizualnie

Wyspa Psów – recenzja. Wes Anderson o polityce. Animacja poklatkowa zachwyca wizualnie

Wyspa Psów – recenzja. Wes Anderson o polityce. Animacja poklatkowa zachwyca wizualnie 8.0

Przed Wami recenzja Wyspy Psów. Na ekrany kin trafiła druga animacja poklatkowa w dorobku Wesa Andersona. Wyspa Psów zachwyca wizualnie, poruszając przy tym aktualną tematykę polityczną i społeczną. W ogólnym rozrachunku – i oczy się cieszą, i na sercu ciepło.

Barokowość i geometria. Komedia absurdu i nutka goryczy. Wes Anderson powraca na ekrany kin w znakomitej formie, a jego Wyspa Psów to pierwszy tytuł w dorobku genialnego twórcy, podejmujący istotną, aktualną tematykę polityczną i społeczną. Rzecz – w dużym uproszczeniu – traktuje o postkolonialnych nienawiściach na tle rasowym oraz o systemie totalitarnym. Anderson znów sięga po sprawdzone chwyty retoryczne i formalne, dodatkowo przybliżając widzom kulturę Japonii. Podróż na Wyspę Psów staje się zjawiskiem socjologicznym i kulturoznawczym – skąpanym w smakowitym absurdzie scenopisarskich tendencji Wesa. Jakby tego było mało, widowisko stanowi animację poklatkową – z jej finezją i rozmachem może mierzyć się jedynie dwa lata młodszy Kubo i dwie struny.

Nawet Anderson komentuje współczesną politykę

Wes Anderson doskonale odzwierciedla, jak władza – w tym przypadku reżim totalitarny – wpływa na zbiorową świadomość mieszkańców danego kraju. W gruncie rzeczy bowiem, Wyspa Psów to ciekawa periodyzacja fikcyjnej dyktatury oraz procesów społecznych, wpisanych w strukturę anty-demokratycznych partii politycznych. Media na służbie władzy skutecznie wpajają odbiorcom określone nienawiści oraz kreują zjawisko post-prawdy, jakże rozpowszechnione na początkach XXI wieku. W animacji, niechęć do psów prowadzi do ich stygmatyzacji oraz napiętnowania. W efekcie nawet racjonalna nauka nie jest w stanie przezwyciężyć karkołomnej nowomowy i nietolerancji względem zwierząt.

Innym razem reżyser i scenarzysta wskazuje, jak łatwo napiętnować daną rasę, grupę społeczną czy jednostkę pejoratywnym określeniem. Na szczęście w krytycznej sytuacji politycznej uaktywnia się podziemie – wzrasta bunt, na czele którego stają młodzi ludzie. To w nich Wes Anderson pokłada nadzieję na (faktycznie) dobrą zmianę, wierząc, że w dobie cyfryzacji (akcja Wyspy Psów nieprzypadkowo wybiega 20 lat wprzód) nastolatkowie i studenci odnajdą jeszcze głos sumienia i zdrowego rozsądku, nakazujący powiedzieć im: „nie”.

Frasujący wydaje się jedynie fakt, że na czele buntu staje studentka z Ameryki. Tym samym ruch rebelii, którego nie powstydziłaby się franczyza Gwiezdnych Wojen, znów sprowokowany zostaje czynnikiem pochodzącym bezpośrednio ze Stanów Zjednoczonych. Czyżby – zdaniem Andersona – Ameryka była jedynym sędzią sprawiedliwym na ziemskim globie, który za dobre wynagradza, a za złe – dekapituuje? Dobrze wiadomo z podręczników od historii, że podobne ingerencje nie zawsze kończyły się pomyślnie dla najechanych krajów.

Wes Anderson – znawca historii najnowszej

Donald Trump wskazuje na mur na granicy z Meksykiem, Europejczycy budują obskurne obozy dla uchodźców, a ludzcy bohaterowie Wyspy Psów wysyłają niechciane zwierzęta do tytułowej krainy – tam, najlepszych przyjaciół człowieka może spotkać najczarniejszy ze scenariuszy. Nic dziwnego, że Wes Anderson zdecydował się zrealizować w dzisiejszych czasach tak odważny, lecz nie napuszony manifest filmowy. Twórca nie stępił przy tym autorskiego pazura, ani nie popadł w przeładowane kino społeczne spod znaku Moonlightu.

W pewnym momencie twórca radykalnie wkracza jednak na terytoria historii XX wieku, wskazując, do czego doprowadziły podobne ruchy narodowe sprzed 70 lat. II Wojna Światowa jest zresztą momentem przełomowym w twórczości Wesa Andersona. Nostalgia, spowijająca większą część filmów znakomitego scenarzysty i reżysera, zazwyczaj odnosi się do wydarzeń sprzed wojny totalnej. Twórca z sentymentem wskazuje błogi spokój czasów minionych, niemal hiperbolizując beztroskę tamtych lat. II Wojna Światowa stanowi moment zwrotny, zakłócający stoickie usposobienie bohaterów Moonrise Kingdom oraz innych tytułów w dorobku Wesa – globalny konflikt zbrojny manifestuje też niewypowiedziane źródło ich melancholii. Nieprzypadkowo w Grand Budapest Hotel pojawia się widmo pruskiej epidemii, w wyniku której spokój bohaterów zostaje gwałtownie zakłócony (widz zostaje poinformowany o tym na poziomie voice-over). W przypadku Wyspy Psów występuje z kolei oczywista figura gazu wasabiowego.

Mimo wszystko Anderson to mistrz kina

Choć ogólny wydźwięk produkcji wypada dość pesymistycznie, Anderson znów lokuje w tytule swój błyskotliwy humor. Momentami irracjonalnych treści nie powstydziłaby się grupa Monty Pythona. Finezyjny żart słowny łączy się tutaj teatralnymi skeczami (głównie za sprawą niemal nieruchomych ujęć). Wszystko dopieszczone zostaje samoświadomą pracą kamery, tylko wzmacniającą wydźwięk poszczególnych gagów. Wes Anderson znów znajduje się w twórczym żywiole, choć nie można odmówić mu wtórnych, stale powracających elementów – czyżby Grand Budapest Hotel z 2014 roku okazał się opus magnum jego twórczości, a reszta filmów powstanie już na „autopilocie”?

Z drugiej strony japońska kultura, widziana oczami Andersona, wnosi powiew świeżości do kinematograficznego dorobku twórcy. Poszczególne stylizacje czy konwencje przenikają do sposobu prowadzenia narracji Wyspy Psów. Z anime jednoznacznie kojarzą się: charakterystyczna grupa uczniów, ubrana w szkolne mundurki oraz cyberpunkowe naleciałości w kreacji niektórych zwierząt, zwłaszcza pod koniec animacji. Z drugiej strony równie czytelne stają się nawiązania do jidai-geki – samurajskiego kina spod znaku Akiry Kurosawy czy Masaki Kobayashiego. Inne japońskie motywy, jak religia, sposób wzajemnej komunikacji czy charakterystyczne sporty pozostają przemycone do fabuły widowiska, lokując się gdzieś na drugim planie opowiadanej historii (wciąż dowartościowując walory wizualne obrazu).

Nie można też zapomnieć o dopracowanej w każdym calu animacji poklatkowej. Ten rodzaj tworzenia filmu szczególnie zasługuje na uwagę w dzisiejszych czasach, gdy większość tytułów trafiających na ekrany kin podlega prawom CGI oraz innym komputerowym efektom kreacji. Ostatecznie nawet scenariusz robi tu wrażenie. Wiele motywów czy postaci, pojawiających się na przestrzeni widowiska, posiada określoną rolę w zaprezentowanej historii – Wes Anderson najpierw rozsypuje poszczególne elementy filmu, by w końcowym akcie ułożyć z nich spójny obraz. Całokształt wypada znakomicie – na taki tytuł czekałem od czasów Grand Budapest Hotel!

Wyspa psów - podsumowanie

8.0

PLUSY:
+ skupienie się na ważnej, aktualnej tematyce społecznej i politycznej;
+ znakomita praca kamery (jak zawsze w przypadku Wesa Andersona);
+ błyskotliwy i wyrafinowany humor (jak zawsze w przypadku Wesa Andersona);
+ melancholijni bohaterowie, których spojrzenia mówią więcej niż tysiąc słów (jak zawsze w przypadku Wesa Andersona);
+ doskonała periodyzacja Kraju Kwitnącej Wiśni – kultury Japonii, jej sztuki oraz społecznych obyczajów;
+ dopracowana w każdym calu i kukiełce animacja poklatkowa.
MINUSY:
- momentami Wes Anderson staje się wtórny – często sięga po sprawdzone chwyty retoryczne i formalne z wcześniejszych widowisk.

Ocena8.0
Reader Rating: ( 1 vote ) 6

banner