Home Recenzje „Zbaw nas ode złego” – recenzja

„Zbaw nas ode złego” – recenzja

„Zbaw nas ode złego” – recenzja

Już w piątek do kin wchodzi nowy horror od twórcy takich filmów jak „Egzorcyzmy Emily Rose” czy też „Sinister”. Czy „Zbaw nas ode złego” przerazi nas w tym sezonie? Zapraszamy do naszej recenzji.

Po raz kolejny chyba napiszę, że nie przepadam za horrorami. Nigdy nie znajdywałem przyjemności w trzęsieniu portami na filmach, a do dziś pamiętam, jak po samotnym uczestnictwie w pokazie „Bogeymana” przez tydzień bałem się zajrzeć do szafy. Może to wina plastycznej wyobraźni, a może moi rodzice za późno zaczęli wyłączać mi w pokoju światło na noc… Co by jednak nie było powodem takiej sytuacji, po horrory sięgałem zwykle raczej niechętnie.

Ale po cóż w końcu ludzie mają drugie połówki jeśli nie po to, żeby zmieniać przyzwyczajenia? I tak i ja zacząłem niedawno horrory oglądać, jako że moja kobieta uwielbia je pasjami. Wkrótce okazało się, że także na filmowy strach można się nieco uodpornić, a kolejne seanse zaczęły przynosić mi nawet odrobinę przyjemności. Oczywiście – o ile horror był dobry.

Powiem tak – „Zbaw nas ode złego” tej przyjemności mi nie przyniosło, a przynajmniej nie w takim zakresie, na jaki miałem nadzieję.

Film zaczyna się nieźle. Przez pierwsze 30 minut Eric Bana, którego osobiście bardzo lubię, miota się po ekranie próbując zrozumieć to, co widzowie dobrze widzą od początku: że ściera się ze złem nie z tego świata. Ciekawe jest to, że duża część pierwszej połowy to tak naprawdę całkiem wciągająca historia kryminalna i klasyczne dochodzenie po nitce do kłębka. Elementy kina grozy dodają całości historii nieco pikanterii i sprawiają, że naprawdę ma się ochotę zostać wciągniętym w nurt fabuły.

Niestety, jakoś po godzinie wszystko się sypie, a nieźle zarysowana historia ustępuje miejsca mało sensownej gonitwie za demonicznym antagonistą, który okazuje się znacznie mniej przerażający niż się tego spodziewaliśmy. Niechlubnym zwieńczeniem całości jest natomiast totalnie nieprzekonywująca scena egzorcyzmów, wręcz odpychająca w swoim braku jakiejkolwiek oryginalności. Słowo daję, rząd za nami jakaś para nawet zaśmiewała się z niej do rozpuku.

Trochę szkoda, bo Bana i jego filmowi partnerzy mieli spory potencjał, a poboczna historia gliniarza zaniedbującego rodzinę jest opowiedziana w sposób minimalistyczny, ale jednocześnie bardzo umiejętny. Ze „Zbaw nas ode złego” na milę czuć zmarnowanym pomysłem na naprawdę dobry film ze wstrząsającym zakończeniem – na dobrą sprawę można z niego wyjść zaraz po najbardziej krwawej i powodującej największe poruszenie scenie. Potem jest już niestety tylko gorzej.

Jeśli więc oczekujecie trzymającego w napięciu dreszczowca z mrocznymi elementami nadnaturalnymi, zawiedziecie się. W tym sezonie „Zbaw nas ode złego” jest co prawda jednym z niewielu horrorów, na które można iść do kina, ale radzę zaczekać na coś, co będzie straszyć Was od początku do końca, a nie zaledwie do połowy.

Piotr Brewczyński