Home Recenzje Avengers: Koniec gry – recenzja filmu. Czy warto iść do kina?

Avengers: Koniec gry – recenzja filmu. Czy warto iść do kina?

Avengers: Koniec gry – recenzja filmu. Czy warto iść do kina? 9.0

Od dziś epickość można zdefiniować najnowszym filmem braci Russo. Avengers: Koniec gry nie tylko jest kontynuacją Wojny bez granic, a spektakularnym zakończeniem 11 lat kinowego uniwersum Marvela. Wszystkie wątki zgrabnie się domykają, zaś w historii goszczą drugo- czasem trzecioplanowe postacie całego MCU. Nie było takiego widowiska od czasów Władcy Pierścieni: Powrotu króla.

Seans Avengers: Koniec gry jest przeżyciem na niemal każdej płaszczyźnie. Widz od pierwszych scen przejmuje się losem bohaterów, tytuł wizualnie znajduje się na najwyższym poziomie, zaś nagromadzenie nawiązań do poprzednich odsłon MCU sprawia radość każdemu miłośnikowi serii.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, film to największy kinowy event, jaki kiedykolwiek ujrzał światło dzienne. Wszystko rozpoczęło się w 2008 roku wraz z – nad wyraz skromnym jak na dzisiejsze standardy – Iron Manem. Po 11 latach funkcjonowania, kinowe uniwersum Marvela jest spełnieniem marzeń każdego miłośnika komiksów i fana spektakularnych blockbusterów. Twórcy otwarli wrota nieograniczonej wyobraźni, realizując w Avengers: Koniec gry kwintesencję epickości oraz eskapizmu – opowieść pełną humoru oraz wzruszeń, rozbuchanych scen akcji oraz kameralnych dramatów. Przede wszystkim: powiązań między każdym filmem MCU. Tak powinny się kończyć największe franczyzy współczesnego kina głównego nurtu!

Avengers: Koniec gry – finał 11 lat kinowego uniwersum Marvela





Wojna bez granic nie rozpieściła superbohaterów kinowego uniwersum Marvela. Thanos sfinalizował swój plan unicestwienia połowy wszechświata. Zginęli mieszkańcy Ziemi oraz reszty kosmosu. Obecnie, Kapitanowi Ameryce oraz pozostałym herosom nie pozostaje nic innego, jak za wszelką cenę spróbować odwrócić działanie Rękawicy Nieskończoności i przywrócić ład. Oczywistym rozwiązaniem fabularnym było poprowadzenie tego wątku na przestrzeni 3-godzinnego Końca gry. Film nie tyle finalizuje historię Wojny bez granic, co stanowi doskonałą kwintesencję całego kinowego uniwersum Marvela. Wracają wątki z wcześniejszych filmów – czasem subtelnie wspomniane w trakcie szybkiej wymiany zdań między postaciami, innym razem odgrywające istotną rolę w rozwoju zdarzeń. Znajdziecie tu nawet nawiązanie do serialu Agentka Carter oraz pierwszych odsłon MCU. Z drugiej strony występują niemal wszystkie postacie wszechświata – drugo- czasem trzecioplanowe. Koniec gry to wspaniała układanka, przestrzenne i fabularne puzzle wzniesione na fundamencie 11 lat kontinuum serii.

W ogólnym rozrachunku, rozwiązanie konfliktu nie zachwyca oryginalnością – nie można mu jednak odmówić pomysłowości w sposobie realizacji. Równocześnie wspaniale jest zobaczyć, jak na przestrzeni materiałów marketingowych twórcy wodzili widzów za nos, podsuwając im fałszywe tropy i fikcyjne sceny. Sieć nie cichła od teorii na temat fabuły filmu.

Superbohaterowie, na których zasługiwaliśmy





Film dzieli się na trzy akty. Pierwszy wprowadza nowy status quo na większości postaci w filmie. Niestety, najbardziej ucierpiał na tym Thor. Po bolesnym okresie dojrzewania, który przeszedł w trzech autonomicznych filmach oraz Wojnie bez granic, Gromowładny znów ląduje w pieluchach. Traci swoją godność i przez dłuższy czas okazuje się komediową maskotką w rękach twórców, dodatkowo: z powtarzalnym repertuarem żartów. Te wydają się równie przeciągnięte, jak gagi w Deadpoolu 2.

Na szczęście pozostali bohaterowie Końca gry wychodzą obronną ręką z armagedonu żartów. Co więcej, ich wzajemną interakcję ogląda się wybornie. Bracia Russo znów łączą postacie w mniejsze podgrupy, aby w pełni wyeksponować rozmowy, nowe sojusze oraz współpracę między – pozornie niepasującymi do siebie – superbohaterami. W pełni rekompensują też głód widzów na pewne osoby i stworzenia, nieobecne w Wojnie bez granic. Obok Iron Mana, Kapitana Ameryki oraz Thora (swoją drogą: prekursorów całego uniwersum), wysuwają na pierwszy plan kilku superbohaterów z ciemnych zakątków MCU – zwracają im zasłużony honor i awansują do głównej ligi.

Avengers: Koniec Gry – czy warto wybrać się do kina?

Władca Pierścieni: Powrót króla przez długi czas nie potrafił znaleźć konkurenta w sposobie rozbudowania całego świata, napięcia wywołanego na widzach oraz spektakularności podjętej historii. Nowy król się zbliża: Avengers: Koniec gry nie ma sobie równych pośród widowisk głównego nurtu. Bywa przewidywalny, rekompensuje to jednak widowiskowością oraz szczerym podejściem do widzów. Przedstawiciele Marvel Studios wiedzą, co fanom w duszy gra – fundują im to z naddatkiem, ale nie z przesytem. Tak, żeby seans był przeżyciem, a nie wizytą w fast foodzie.

Podsumowując, pozwólcie widowisku się rozkręcić. Pierwsza część Avengers: Koniec gry nieco przynudza, druga – satysfakcjonuje, trzecia – szepce czułe słówka waszym oczom i sercu. Te oczywiście zostają podane w dymkach i onomatopejach, jak przystało na epicki finał kina komiksowego.

Marvel – filmy: kolejność. Jak oglądać? Od czego zacząć? [LISTA]

Avengers: Koniec gry - podsumowanie:

9.0

PLUSY:
+ superbohaterowie wpływają na emocje widzów - kibicujemy im, drżymy o ich losy, wraz z nimi się wzruszamy;
+ samoświadomy ton - twórcy dają przyjaznego kuksańca w ramię niektórym postaciom oraz żartują z rozwiązań fabularnych z poprzednich filmów;
+ znakomite relacje nawiązywane między superbohaterami;
+ twórcy rekompensują widzom niemal każdy motyw, którego brak był wypominany na przestrzeni serii;
+ finał filmu – a zarazem finał kinowego uniwersum – to wisienka na torcie, na którą warto było czekać przez 11 lat;
+ perfekcyjny sposób, w jaki twórcy powiązali ze sobą wszystkie odsłony MCU;
+ Epickość przez duże E.

MINUSY:
- przewidywalność rozwiązania całego konfliktu;
- założenie Thorowi na długi czas czapeczki błazna;
- momentami zbyt nachalny humor;
- pierwszy akt zbyt wolno się rozkręca.

Ocena9.0
Reader Rating: ( 3 votes ) 7.9