Home Recenzje Avengers: Wojna bez granic – druga recenzja filmu. Żarty na bok – to jedyny taki projekt w historii kina!

Avengers: Wojna bez granic – druga recenzja filmu. Żarty na bok – to jedyny taki projekt w historii kina!

Avengers: Wojna bez granic – druga recenzja filmu. Żarty na bok – to jedyny taki projekt w historii kina! 8.5

Przed Wami druga recenzja filmu Avengers: Wojna bez granic. 10 lat – tyle trwało odpowiednie wprowadzenie, ekspozycja i rozwinięcie kinowego uniwersum Marvela. Dziś rozmiar wszechświata superbohaterów budzi niemały podziw – w jego skład wchodzą liczne krainy, postacie oraz… odmienne konwencje! Wojna bez granic zbiera w jednym filmie wszystkie wspomniane elementy, tworząc kinematograficzne opus magnum każdego nerda i fana spektakularnych blockbusterów.

Thanos nareszcie zaatakował! Każda cegiełka, sumiennie dokładana do MCU wraz z kolejnym filmem, w końcu złożyła się na obraz wyjątkowy, spójny, kipiący od nadmiaru akcji i intymny zarazem (zwłaszcza w oddaniu emocji poszczególnych postaci). Przedstawiciele Walta Disneya i Marvel Studios, zrozumieli, co w duszy fana gra. Przemycili do Avengers 3 niemal każdego bohatera kinowego uniwersum, wrzucając go w bitewny ogień starć na niebie, ziemi i w kosmosie. Pomogli też rozwinąć autonomiczne wątki zaprezentowanych postaci. Całokształt – swoim poziomem zaangażowania, widowiskowym zwieńczeniem licznych historii oraz powracającym patosem w decydujących starciach – przypomina jeden z najważniejszych blockbusterów światowej kinematografii: Władcę Pierścieni – Powrót któla.

Avengers: Wojna bez granic – jedyny taki projekt w historii kina

Wojna bez granic to nie przelewki. Stawką tytułowych działań zbrojnych okazały się losy całego wszechświata. Aż dziw bierze, jak doskonale prezentuje się końcowy efekt mrówczej pracy twórców. Całokształt jest zadziwiająco spójny, doskonale skrojony pod oczekiwania widza – przy tym rozbudza emocje, których nie powstydziłby się najmocniejsze thrillery psychologiczne. Napięcie doskonale wpływa na odbiór filmu – równocześnie podkreśla wagę ukazanych zdarzeń. Kilka scen posiada w sobie ciężar emocjonalny na miarę finału Kapitana Ameryki 3, głównie chodzi mi o prolog Avengers 3 oraz końcowe wydarzenia omawianego filmu.

Trochę też w Wojnie bez granic popisu twórców – nie ma się jednak co dziwić, w historii kina nie pojawił się dotąd tak gigantyczny projekt, łączący pod jednym tytułem fragmenty z 17 widowisk. MCU to – zaraz po Jamesie Bondzie – najprężniej działająca kinowa franczyza. W przeciwieństwie jednak do przygód Agenta Jej Królewskiej Mości, losy superbohaterów Marvela są ze sobą ściśle powiązane, a utrzymanie kontinnum fabularnego należy do głównych obowiązków przedstawicieli wytwórni filmowych.

Dlaczego DC robi to źle?

Dopiero przy projekcie takim, jak Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów czy przy okazji premiery Wojny bez granic można docenić, jak wielkim przedsięwzięciem okazała się konstrukcja kinowego uniwersum. Jego architekci nie tylko wykreowali szereg intrygujących postaci, z których każda odznacza się autonomicznym charakterem i określonym wachlarzem cech. Jednym z najważniejszych zadań twórców okazało się umiejętne dopasowanie wszystkich krain czy skonstruowanie konsekwentnego kontinuum fabularnego. Wszystkie elementy musiały być spójne i dokładnie skomponowane względem innych odsłon serii – inaczej odbiorcy byliby świadkami potwornego rozpadu uniwersum, jak ma to miejsce w przypadku superbohaterskiego półświatka z wrogiego DC. No właśnie, przywołując DCEU nie sposób nie porównać Wojny bez granic do zeszłorocznej Ligi Sprawiedliwości. Oba tytuły skupiają się na grupie superbohaterów. W przeciwieństwie jednak do chybionego tytułu od DC, Marvel nieustannie odwołuje się do znanych wydarzeń czy postaci, które pojawiały się w filmach na przestrzeni ostatnich 10 lat. Dzięki temu twórcy otrzymali dostatecznie dużo czasu, by odpowiednio wykreować Thanosa. Zupełnie inaczej sprawa wyglądała w przypadku Ligi Sprawiedliwości – część superbohaterów debiutowała w tym filmie, co za tym idzie: ekspozycja Aquamana, Flasha i Cyborga skradła czas antenowy, który scenarzyści mogli przeznaczyć na kreację intrygującego złoczyńcy. Ostatecznie Steppenwolf skończył jako miot górskiego trolla z Gargamelem, miotając się chaotycznie na dużym ekranie i co jakiś czas krzycząc hasła o mało umotywowanym podboju świata.




Oczywiście, prócz spektakularnych walk, Wojna bez granic rozwija pewne wątki bohaterów, odwołując się do znajomości poprzednich odsłon serii. W ten sposób w trakcie seansu Wojny bez granic, widz obeznany w MCU nie czuje się obco trafiając na pole bitwy w Wakandzie, czy szybując przez przestrzeń kosmiczną u boku Strażników Galaktyki (ci, na pokładzie latającego statku coraz bardziej przypominają mi ekipę z oryginalnych Gwiezdnych Wojen). Szczególnie interesująca wydaje się relacja między Thanosem i Gamorą – jej finał ściska żołądek i kanaliki łzowe.

Żarty na bok, nadciąga Thanos!

Na tym polega główna zaleta Wojny bez granic. Tytuł zamyka wszystkie wątki, funkcjonujące na przestrzeni ostatnich 10 lat. Widzowie będą świadkami rozwoju – czy bardziej: zwieńczenia – związku między Star Lordem a Gamorą. Z drugiej strony zobaczą, jak radzi sobie obecnie drużyna Steve’a Rogersa, od czasu wydarzeń z Kapitana Ameryki 3 działająca na zasadach grupy bojówkowej. Nie zabraknie też wstrząsających zwrotów akcji – zwłaszcza traumatyczne okazują się pierwsze minuty trwania filmu. Thanos daje w nich popis swojej władzy i bezlitosnego usposobienia. Tym samym widz od pierwszej sceny zdaje sobie sprawę, że Avengersi, autonomiczni superbohaterowie MCU i Strażnicy Galaktyki znaleźli się w poważnym zagrożeniu.

Żarty się skończyły i nawet Thor przypomina bardziej jednookiego króla Asgardu, którego czytelnicy komiksów znają z serii Thor Wszechmogący – postać zatraciła gdzieś zabawnego pazura, znanego z ostatniej odsłony jego przygód pod batutą Taikiego Waititi. Wszyscy bohaterowie gwałtownie spoważnieli i tylko czasem na ich usta ciśnie się trafny dowcip. Pod tym względem Wojna bez granic prezentuje wciąż bardzo zdystansowany i fantastyczny świat z komediowym zabarwieniem. Najczęściej jednak humorystyczne momenty w Wojnie bez granic mają rozbić patos i nadmiar powagi, którym jednoznacznie przeładowane zostały kolejne sceny z udziałem Thanosa.

A skoro o Thanosie mowa… Będę wtórny, nudny i powtarzający opinie innych krytyków – ponad wszystko pozostanę jednak szczery: Thanos to definitywnie najlepszy antagonista spośród łotrów obecnych w MCU. Ultron, Hela czy Kaecilius wypadają niczym drugorzędni bully ze szkolnego korytarza przy potędze Tytana. Już w pierwszych minutach trwania widowiska zajmuje on symboliczne miejsce Lokiego w rankingu najważniejszych i najgroźniejszych szwarccharakterów wykreowanego świata. Thanos nie cofnie się przed niczym, aby zrealizować swój socjopatyczny – choć nie pozbawiony dokładnie zarysowanych motywacji – plan eksterminacji połowy mieszkańców wszechświata. Z jego ręki padną kolejne trupy, w tym superbohaterowie towarzyszący widzom na ekranach kin od kilku dobrych lat.

Tak wiele postaci, konwencji i wątków… Obyło się jednak bez chaosu!

Na czym jeszcze polega fenomen Wojny bez granic? Twórcy bez trudu zachowali charakter poszczególnych postaci czy specyfikę konwencji, w której rozgrywają się ich przygody. Wakanda nadal przypomina na wpół plemienne, na wpół futurystyczne królestwo, którego podstawowym orężem jest broń biała. Z drugiej strony wątek fabularny Thora bezpośrednio odnosi się do nordyckiej mitologii, a w swojej estetyce łączy kino science-fiction i fantasy. Co ciekawe, żadna ze stylistycznych naleciałości nie perswaduje na całym widowisku swoich artystycznych wpływów.

Dla niektórych widzów mankamentem Wojny bez granic może być nadmiar scen walk. Tutaj należy jednak zauważyć wyrafinowanie, jakim posłużyli się twórcy produkcji w kreowaniu kolejnych sekwencji batalistycznych. Widzowie mogą przyglądać się kooperacji poszczególnych postaci, które wcześniej nie miały okazji spotkać się na dużym ekranie. Szczególne wrażenie robi pojedynek Iron Mana we współpracy z Doktorem Strangem, Star Lordem i Spider-Manem. Równie znakomite okazały się Aniołki Charliego pod sygnaturą Marvela: Czarna Wdowa, Okoye i Scarlet Witch, stające ramię w ramię w jednym boju. Na szczęście intrygujące korelacje i związki między bohaterami nie funkcjonują tutaj wyłącznie na poziomie walk – twórcy umiejętnie i z wyczuciem napisali też ich wzajemne wymiany zdań oraz wspólne myśli czy inicjatywy. Szczególnie frapujące wydawało się zestawienie Doktora Strange’a z Iron Manem. Przy okazji premiery solowego filmu, poświęconego pierwszemu z wymienionych superbohaterów, pojawiało się wiele głosów przeciwko postaci maga. Dla wielu widzów Doktor Strange posiadał liczne cechy podobne do sylwetki Iron Mana. Dziś, gdy obie postacie poszybowały w przestrzeń kosmiczną wiadomo, dlaczego twórcy postarali się upodobnić charakterologicznie wspomnianą dwójkę. Dzięki takiemu działaniu ich współpraca nabiera emocjonującego rumieńca, bo choć postacie posiadają wiele podobnych cech, ich doświadczenie czy motywacje wyrosły na diametralnie innym poletku.

Warto? Jak najbardziej!

Pragnąłem spektakularnych pojedynków, ciekawych korelacji między bohaterami, niejednoznacznego złoczyńcy i znakomitego wykorzystania poznanych wcześniej postaci. Otrzymałem nawet więcej, bo choć momentami ekran kina zamieniał się w gigantyczną arenę do starć superbohaterów, nie sposób odmówić ostatniej produkcji MCU scenopisarskiej finezji w prowadzeniu fabuły. Każdy z licznych motywów okazuje się w finale historii łączyć w jeden rdzeń, opowiadający o walkach przeciwko Thanosowi. Emocje i splendor. Kameralne uczucia, chwile zwątpienia i głośne eksplozje. Avengers: Wojna bez granic doskonale kompresuje liczne wątki i motywy, plasując się na najwyższym szczeblu wśród blockbusterowych produkcji ostatnich dekad.




Film jest odpowiednio skrojony nawet dla widzów, którzy nieczęsto odwiedzali MCU. Nie ulega jednak wątpliwościom, że najlepiej na seansie będą bawili się zatwardziali miłośnicy uniwersum Marvela. Tylko oni będą w stanie w pełni pojąć skalę ukazanego konfliktu oraz jego znaczenie dla losów większości superbohaterów.

ZOBACZ TAKŻE: Avengers: Wojna bez granic – pierwsza recenzja filmu

Avengers: Wojna bez granic - podsumowanie:

8.5

PLUSY:
+ doskonałe przedstawienie licznych superbohaterów - zachowanie ich charakteru oraz konwencji opowiadanych przygód
+ Thanos jako najlepszy złoczyńca MCU
+ produkcja posiada elektryzujące napięcie i gorzki wydźwięk - bardzo poważny Marvel
+ kilka doskonałych rozwiązań fabularnych, jak historia Thanosa i Gamory
+ godne podsumowanie 10 lat kinowego uniwersum - Marvel gra na nosie konkurencji
+ Wojna bez granic jako kompresja najlepszych elementów MCU
+ choć pojawia się wiele postaci, ani na moment nie czuć tłoku na ekranie

MINUSY:
- niektóry dowcipy trafiają jak kula w płot - wydają się dodane na siłę, by film nie był zbyt poważny
- część scen walk wypada zbyt nieczytelnie
- pojawia się kilka niezręcznych dziur fabularnych
- produkcja bardziej dla fana, niż dla "niedzielnego widza"

Ocena8.5
Reader Rating: ( 5 votes ) 8.8