Home Recenzje Jurassic World: Upadłe królestwo – recenzja filmu. Dinozaury jak Frankenstein?

Jurassic World: Upadłe królestwo – recenzja filmu. Dinozaury jak Frankenstein?

Jurassic World: Upadłe królestwo – recenzja filmu. Dinozaury jak Frankenstein? 4.0

Seria o gigantycznych dinozaurach powraca na ekrany kin. Tym razem olbrzymie gady szaleją początkowo na prehistorycznej wyspie, by później zaatakować bardziej cywilizowane rejony ziemskiego globu. Na dokładkę twórcy dodali wątki katastroficzne. Czy coś mogło pójść nie tak? Jak widać, całkiem sporo… Przed Wami recenzja filmu Jurassic World: Upadłe królestwo.

Po 14 latach nieobecności jurajska franczyza powróciła na ekrany kin w 2015 roku, osiągając pozytywne wyniki sprzedaży. Z filmu zadowoleni wyszli miłośnicy blockbusterów, jak również część krytyków, którym woda sodowa nie zdążyła jeszcze uderzyć do głów. Jurassic World okazał się przyjemnym, choć mało wymagającym doświadczeniem z pogranicza kina klasy B, brutalnym – na tyle, na ile pozwala kategoria wiekowa PG-13 – oraz stosunkowo świeżym w porównaniu do Parku Jurajskiego III. Szkoda zatem, że Upadłe królestwo jawi się jako szkaradna hybryda dwóch różnych widowisk, w której toporne dialogi i równie mało wyrafinowany bełkot w stylu greenpeace łączy się z kinem katastroficznym i neogotycką opowieścią o potworze Frankensteina.

Kino katastroficzne na miarę Rolanda Emmericha





Upadłe królestwo przypomina dzieło posklejane z dwóch niezależnych scenariuszy. Rozpoczyna się długą ekspozycją, która pokrótce streszcza wydarzenia z poprzedniej odsłony i wprowadza do fabuły Jurassic World 2. Już tutaj wkrada się kontekst polityczny i militarny, dający się we znaki zwłaszcza w późniejszej części filmu – przemawiający polityk do złudzenia przypomina Donalda Trumpa (zarówno z wyglądu, jak i ze sposobu wysławiania się), a dinozaury potraktowane zostają niczym metafora uchodźców. Nie mam nic przeciwko podobnym treściom, ba! nad wyraz cenię ich subtelny ton w kinie artystycznym czy w produkcjach niezależnych – zostawcie jednak w spokoju blockbustery! Kino mainstreamowe, opowiadające o gigantycznych dinozaurach powinno nieść ludziom czysty eskapizm, odrywać ich od szarej rzeczywistości i przenosić do fantastycznych krain, z dala od problemów i angażujących tematów. Scenarzyści Upadłego królestwa postawili sobie jednak inny cel. Ich najnowsza produkcja kipi od natłoku karkołomnych treści – próbuje być bardzo poważna i nad wyraz patetyczna, w momencie gdy na ekranie widz obserwuje stereotypowego nerda i dzielną feministkę, ukrywającą się przed spragnionym mięsa tyranozaurem.

Konstrukcję produkcji jako hybrydy dwóch różnych, niezależnych od siebie filmów można zauważyć już w sposobie prowadzenia narracji. Gdy po długiej ekspozycji bohaterowie trafiają w końcu na Isla Nublar, fabuła gwałtownie nabiera tempa i gna na złamanie karku aż do ostatnich scen widowiska. Twórcy radykalnie skrócili film o elementy ciszy, wskutek czego akcja na ekranie przyjmuje charakter dwugodzinnego armaggedonu w CGI, przyprawionego niecelnym humorem i stereotypowymi postaciami. Tych w żadnym razie nie powstydziłby się Roland Emmerich. Co ciekawe, gdy katastroficzna połowa widowiska ustępuje miejsca tej gotyckiej, drażniący i wyjątkowo mało zabawni ludzie-epitety (jak ciamajdowaty nerd) zostają zepchnięci na dalszy plan. Czyżby gatunek o erupcjach wulkanów i trzęsieniach ziemi rządził się wyłącznie stereotypowymi bohaterami?

Natężenie wątków również nie służy fabule. Twórcy, zamiast wyeksponować najpierw dinozaury, a a następnie przejść do katastroficznego deseru, wlewają zupę do budyniu. Realizują fabularną papkę, której składniki mieszają się na przemian, nie robiąc już na nikim żadnego wrażenia. Na domiar złego trudno wskazać mi film A.D. 2018, posiadający najgorsze efekty specjalne. Możliwe, że były to futurystyczne motywy z Czarnej Pantery, finałowy boss w Deadpoolu 2, a może właśnie CGI z Upadłego królestwa. Technika komputerowych efektów specjalnych, zamiast swobodnie się rozwijać, zalicza w bieżącym sezonie gigantyczny krok w tył.

Dinozaury jak Frankenstein?

Pierwsza połowa filmu posiadała w sobie niezrealizowany potencjał, co nie do końca można powiedzieć już o drugiej części. Tutaj twórcy prezentują genetycznego potwora Frankensteina w świecie gigantycznych gadów. I nie jest to wyłącznie moja nadinterpretacja. Gdy gatunkowa hybryda dinozaurów po raz pierwszy pojawia się na ekranie kin, wtórują jej błyski elektrycznych paralizatorów (zazwyczaj, w gotyckich historiach ich analogicznym odpowiednikiem są blaski błyskawic). Akcja rozgrywa się natomiast w starej rezydencji, której fasady i infrastruktury nie powstydziłby się sam H.P. Lovecraft. Mało? Kilka ze scen stanowi cytat z Frankensteina z 1931 roku. Oczywiście, nienaturalne dziecko – skutek zabawy genetycznej – musi wyrwać się spod kontroli i zgotować swoim stwórcom krwawego psikusa. Wątek rodem z prozy Mary Shelley zostaje jednak poszerzony i dostosowany do współczesnych czasów. Co za tym idzie, pulpowa historia niczym produkcje ze stacji telewizyjnej SyFy zostaje zestawiona z egzystencjalnymi pytaniami o naturę człowieka oraz skutki zabawy w Boga i kreatora. Nie przygotowujcie się też na gigantyczną rozróbę w mieście, niczym w King Kongu czy Godzilli. W Upadłym królestwie przestrzeń ingerencji dinozaurów w świat ludzi ograniczy się wyłącznie do jednej lokacji.

Dopiero sam finał produkcji robi imponujące wrażenie, a widz – mimo fatalnej jakości Jurassic World 2 – z niecierpliwością czeka na kolejną odsłonę cyklu. No właśnie, tutaj pojawia się moje zasadnicze spostrzeżenie wobec widowiska: Upadłe królestwo przypomina gigantyczny prolog do ciekawej w swoim fabularnym założeniu części trzeciej. Dopiero tam scenarzyści będą mogli pójść na całość i zgotować ludziom ciekawą wizję postapokalipsy.

Kino blockbusterowe w 2018 roku ssie





Sezon blockbusterowy 2018 wypada nad wyraz słabo. Gigantyczne franczyzy zawodzą, a filmy takie jak Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie, Deadpool 2, Pacific Rim: Rebelia czy omawiany właśnie Jurassic World 2 okazują się wielkim zawodem. Paradoksalnie, o niebo lepiej bawiłem się na raczkujących tytułach komercyjnych, pokroju Rampage: Dzika furia. Klasę trzyma wyłącznie kinowe uniwersum Marvela. Jurassic World: Upadłe królestwo mogło zostać samoświadomym kinem z pogranicza exploitation – niestety, fabuła przerodziła się w chaotyczny i pretensjonalny bełkot z drętwą polityką w tle. Pozostaje trzymać kciuki, by ostatnia część trylogii okazała się dziełem spełnionym. Zwłaszcza, że twórcy narobili mi nie lada smaku finałem Upadłego królestwa.

ZOBACZ TAKŻE: Zimna wojna – recenzja filmu. Polski La La Land? Romantyzm nadal żyje!

Jurassic World: Upadłe królestwo - podsumowanie:

4.0

PLUSY:
+ smakowity finał, każący z niecierpliwością czekać na kolejną odsłonę cyklu
+ zastosowanie ciekawych przestrzeni i wrzucenie w nie ludzi i dinozaury (ale nie chodzi mi o gady, stąpające po dachu gotyckiej rezydencji!)

MINUSY:
- stereotypowi bohaterowie pozbawieni grama głębi
- kiepskie CGI – już Spielberg w 1993 roku poradził sobie lepiej
- długa ekspozycja, po której fabuła gwałtownie zaczyna gnać na złamanie karku
- nieudana hybryda kina katastroficznego i neogotyckiej wariacji nad historią o potworze Frankensteina
- zamiast czystego eskapizmu pojawiają się polityczne i militarne dąsy
- twórcy próbują brzmieć poważnie i patetycznie – bez powodzenia
- niewykorzystane cameo Jeffa Goldbluma
- humor z podstawówkowego korytarza

Ocena4.0
Reader Rating: ( 2 votes ) 0.8

  • razdwa7

    Ile płacą za obejrzenie tego badziewia?