Home Recenzje Kapitan Marvel – recenzja filmu

Kapitan Marvel – recenzja filmu

Kapitan Marvel – recenzja filmu 7.0

Uniwersum Marvela wystartowało w kosmos. No prawie, ponieważ metaforyczna tematyka najnowszego filmu wciąż oscyluje bliżej ziemskich tematów niż gwiazd neutronowych czy białych dziur. Kapitan Marvel to w zasadzie Archiwum X, skąpane feministycznym sosem. MCU znów udowadnia, że nie ma sobie równych na rynku widowisk superbohaterskich.

Wszyscy miłośnicy kinowego uniwersum Marvela liczyli, że Ant-Man i Osa okaże się wytrychem, otwierającym sejf z fabułą Avengers: Koniec gry. Tak się jednak nie stało. Końcowy efekt przypominał czerstwy ochłap komedii na letnie upały. Oczy wszystkich zwróciły się zatem w stronę Kapitan Marvel. To wręcz fascynujące jak wiele kontekstów złożyło się na ten niepozorny film, poświęcony słabo rozpoznawalnej superbohaterce. Oczywiście, tytuł stanowi pierwszą odsłonę MCU, skupioną w całości na kobiecej postaci. Feministyczne konteksty zostają odpowiednio ograne i doszlifowane – nadrzędną zdolnością tytułowej heroiny okazuje się woman-power. Świetnie! Z drugiej strony międzygalaktyczny konflikt dwóch ras – Kree oraz Skrulli – przedstawiony zostaje w intrygującym dyskursie współczesnej polityki Stanów Zjednoczonych względem państw Bliskiego Wschodu. Aby było ciekawiej, twórcy przenoszą widzów do lat 90-tych i serwują intrygę rodem z Archiwum X.

Kapitan Marvel: największa feministka w Układzie Słonecznym

Kobieca publiczność czekała na ten film 11 lat. Na szczęście, Marvel Studios stopniowo zaczęło rozwijać politykę społecznych kontekstów w produkowanych widowiskach. Zeszłoroczna Czarna Pantera – jako film poświęcony pierwszemu czarnoskóremu herosowi – okazał się hitem box office. Modne trendy światowego kina pozwoliły mu zdobyć również trzy Oscary. Nic dziwnego, że w politycznej kolejce ustawiła się Kapitan Marvel oraz The Eternals z zapowiadaną postacią jawnego homoseksualisty.




W Kapitan Marvel twórcom udaje się zręcznie ukazać drogę Carol Danvers (Brie Larson) ku niezależności i suwerenności, stosując paradygamat kina superbohaterskiego. Niczym w lacanowskiej fazie zwierciadła, heroina musi odnaleźć brakującą uncję siebie, zespolić swój pełny obraz we własnej świadomości, by stać się najpotężniejszą kobietą kinowego uniwersum Marvela. Aby tego dokonać, kobieta postanawia zerwać z dotychczasową ideologią wojowniczego – metaforycznie: męskiego – środowiska. Cudowna okazuje się sekwencja montażowa, w której młode wcielenia Danvers dumnie podnoszą się po porażkach z młodości. Pokazuje ona dziewczynkom na całym świecie, że oto nareszcie otrzymały prawdziwą superbohaterkę, z którą mogą się w pełni utożsamiać. Kino superbohaterskie nie jest przeznaczone wyłącznie dla chłopców.

Nie ujmuję nic Wonder Woman (wciąż uważam ją za najlepszą odsłonę DCEU), jednak w Kapitan Marvel kontekst feministyczny okazał się bardziej koherentny z fabułą filmu.

Kapitan Marvel: wojna Kree ze Skrullami

Data wydania komiksu „Wojna Kree ze Skrullami” uchodzi dziś za jeden z kluczowych momentów rozwoju wydawnictwa Marvel. Tytuł z przełomu 1971/72 roku po raz pierwszy rozwijał wątek międzygalaktycznego konfliktu dwóch ras kosmitów – zbudował planetarną mitologię całego uniwersum. Oczywiście, mówię tutaj o czasach, kiedy każda historia SF posiadała zwierciadlane odbicie w bieżących wydarzeniach politycznych i społecznych. Komiks napisany na początku lat 70-tych wiernie odnosił się do zimnowojennych niepokojów, które targały światem po zakończeniu II wojny światowej.

Co ciekawe, wznosząc mitologię kinowego uniwersum Marvela, twórcy sięgają po inny konflikt z przepastnej skarbnicy historii Stanów Zjednoczonych. Już pierwsze sceny odsyłają widzów do poetyki kina wojennego spod znaku Plutonu. Późniejsze wydarzenia z wojny Kree ze Srullami nakreślają klarowny dyskurs uchodźców z Bliskiego Wschodu oraz czyhających na nich, antagonistycznych sił. Prócz Czarnej Pantery, nie było jeszcze „Marvela”, który równie intensywnie odnosiłby się do współczesnych kontekstów politycznych i społecznych.

Kapitan Marvel – zwiastun:




Kapitan Marvel: Archiwum X jako kinowe uniwersum Marvela

Kapitan Marvel nie posiada charakterystycznego pazura formalnego, którego można przypisać filmom MCU jak Thor: Ragnarok albo Strażnicy Galaktyki. Aby zgrabnie zawiązać fabularny węzeł i nadać widowisku krzty oryginalności, twórcy przenoszą akcję w lata 90-te ubiegłego stulecia. Skutkuje to natarciem nostalgii, skutecznie podtrzymywanym lokowaniem przedmiotów oraz przestrzeniami z tamtej dekady. Co powiecie na automaty arkadowe albo muzykę grunge? Nieprzypadkowo Carol Danvers spędza większość czasu na Ziemi w koszulce z logiem zespołu Nine Inch Nails, zaś Brad Pitt pojawia się w kwestiach dialogowych jako grecki bóg Hollywoodu.

Jawne – można by powiedzieć: materialne – nawiązania nie są jedyną płaszczyzną wyperswadowanej nostalgii za latami 90-tymi. Właściwie cała ziemska fabuła przypomina tutaj wysokobudżetową wariację nad konwencją Archiwum X (a więc telewizyjnym monumentem ostatniej dekady XX wieku). Mamy tajną rządową organizację, zmiennokształtnych kosmitów oraz wąskie korytarze kompleksów wojskowych. Nawet relacje duetu Carol Danvers z Nickiem Fury (Samuel L. Jackson) przypominają parę głównych bohaterów ze wspomnianego serialu. To jednak nie wszystkie intertekstualne kody w filmie. Niekiedy twórcy nawiązują też do MacGyvera oraz sztuczek, które wyprawiał przy pomocy spinacza i taśmy klejącej. Z kolei dialogi Samuela L. Jackson w samochodzie wyglądają, jakby właśnie miały wejść do rozszerzonej wersji Pulp Fiction. Szkoda zatem, że twórcy nie sięgnęli po cytaty z Top Guna – te sprawdziłyby się tutaj wybornie. Zwłaszcza: zaadaptowane na kobiecy grunt.

Czyżby nostalgia za latami 80-tymi zaczęła stopniowo przemijać? Przyszła już pora na kolejną dekadę popkultury?

Kapitan Marvel: czy warto iść do kina?

Widowisko rozpoczyna się z przytupem – od blisko 20-minutowej sekwencji akcji, która prezentuje wojownicze możliwości Kapitan Marvel. Widz nie ma najmniejszych złudzeń, że oto przyszło mu obcować z najwaleczniejszą heroiną MCU. Kobieta utarłaby nosa nawet wkurzonemu Hulkowi! Niestety, im dalej w las, tym fabuła przeobraża się w klasyczną genezę tytułowej postaci. Szkoda, ponieważ pierwsze sceny wniosły odświeżający powiew w utartej skorupie kina superbohaterskiego. Poza tym widzowie otrzymają tutaj wszystko, za co pokochali kinowe uniwersum Marvela: pojawiają się nawiązania do komiksów (strój protagonistki przypomina w pewnym momencie kostium pierwszego Kapitana Marvela), zaś przestrzeń filmu zapełniają bohaterowie z innych odsłon MCU.




Z drugiej strony w Kapitan Marvel kosmos MCU zaczął do złudzenia przypominać planety oraz międzygalaktyczne śmigacze z Gwiezdnych Wojen. Mam nadzieję, że obie serie nie staną się w pewnym momencie bliźniętami syjamskimi. Poza tym: klasa! Dawno nie widziałem tak zgrabnego blockbustera na skraju kina społecznie zaangażowanego.

Kapitan Marvel - podsumowanie:

7.0

PLUSY:
+ wojna Kree ze Skrullami jako metafora działań Amerykanów w Azji;
+ geneza superbohaterki została silnie zakorzeniona w feministycznej ideologii – sprawdza się jako historia spod znaku Marvela oraz wnikliwe studium kobiecego umysłu na drodze do niezależności;
+ Archiwum X widziane oczami MCU – dobra intertekstualność;
+ Samuel L. Jackson na zawsze w moim sercu;
+ świetna praktyczna charakteryzacja Skrulli – w końcu wielkie amerykańskie studio zrezygnowało z CGI na rzecz realizmu.
MINUSY:
- zamiast autostopem przez galaktykę, bohaterowie śmigają statkami kosmicznymi po Ziemi – stąd dzieli Marvela kilka kroków od Gwiezdnych Wojen;
- pośród tylu barwnych postaci w filmie zadziwiająco nieciekawa wydaje się sama Kapitan Marvel oraz jej główny przeciwnik;
- Disney posiada zniżkę na efekty komputerowe macek – postanawia je wykorzystać w dosłownie każdym filmie o kosmosie;
- widowisku brakuje oryginalnego pazura – formalnej duszy, która wyróżniłaby je pośród innych produkcji kinowego uniwersum Marvela.

Ocena7.0
Reader Rating: ( 3 votes ) 7.4