Home Recenzje Pacific Rim: Rebelia – recenzja filmu. Ależ parszywa kontynuacja!

Pacific Rim: Rebelia – recenzja filmu. Ależ parszywa kontynuacja!

Pacific Rim: Rebelia – recenzja filmu. Ależ parszywa kontynuacja! 4.0

Jak wypada Pacific Rim: Rebelia? Realizatorzy złapali artystycznego kaca, a Guillermo del Toro zlekceważył sprawę, skupiając się na Kształcie wody (z korzyścią dla twórcy). Przed Wami recenzja drugiej części filmu o walce wielkich robotów z gigantycznymi bestiami.

Gigantyczne roboty i monstrualne bestie zawiodły. Pacific Rim: Rebelia to parszywa kontynuacja i mało wyrafinowany blockbuster. Rozczarowani będą zwłaszcza fani oryginału. Sceny akcji wypadają nieczytelnie, a kuriozalnej fabuły i płomiennego fetyszu spektakularnych eksplozji nie powstydziłby się sam Michael Bay. Szkoda, że dobrze prosperująca franczyza została skrojona pod target fanów kinowych Transformers.

Zardzewiali Transformer i Godzilla Emmericha

Zaczyna się intrygująco. Twórcy wrzucają widza w wir historii młodego króla życia, całokształt sytuując w stylistyce streampunkowej. Niestety, ciekawy motyw wyjściowy szybko przemienia się w kolaż zardzewiałych Transformers, Godzilli wyhodowanej w wyobraźni Rolanda Emmericha oraz ostatnich kontynuacji Piratów z Karaibów. W Rebelii właściwie nic nie znajduje się na swoim miejscu, a kuriozum irracjonalności fabuły przerasta nawet historię o kilkudziesięciometrowych robotach oraz równie gigantycznych potworach.

Widowisku wciąż nie można odmówić spektakularności. Marka nadal opowiada o pojedynkach gigantycznych maszyn z pokaźnymi monstrami – nad całokształtem unosi się przyjemna płaszczyzna kiczu, wydobywająca z ekranu eskapistyczną esencję popcornowego kina. Niestety, o ile w oryginale Guillermo del Toro z wyczuciem dawkował przerysowaną estetykę filmu (potrafiąc odnaleźć w blockbusterowym piekle kilka gramów poruszających emocji), tak twórcy Rebelii wyraźnie nadinterpretowują przepis na sukces meksykańskiego reżysera. Produkcja jest chaotyczna, bezwstydnie kopiująca motywy z pierwowzoru – do tego wszystkiego posiadająca karykaturalnie płaskich bohaterów. Monster movie wpada tutaj w sidła amerykańskich kłusowników z dochodowych wytwórni, którzy kierują rozwój marki w stronę znudzonych nastolatków.

Kuleje tutaj zwłaszcza motyw antagonisty produkcji. To villan, którego nie powstydziłoby się kinowe uniwersum DC. Ot, szalony chałturnik z drażniącym kompleksem na punkcie dominacji, krzyczący puste hasła o potędze i próbie podbicia świata. Co ciekawe, śledząc wątek chwilowego wroga ludzkości nr 1, trudno nie zauważyć, że twórcy starali się wpisać w jego genezę wyraźny kontekst antynarkotykowy. Nie tą drogą panie DeKnight i reszto scenarzystów.

Seans dla nastolatków z Optimusem Primem na koszulce

Nie mam nic przeciwko spektakularnemu wysokobudżetowemu kinu pustej akcji, uginającemu się po natłokiem komputerowych efektów specjalnych. Jak pokazał John Wick czy zeszłoroczny Kong, nawet taką kinematograficzną szufladkę – czy bardziej: szufladę – da sprzedać się w angażującej formie, bez wkraczania na terytoria dojmującej żenady. Kontynuacja Pacific Rim balansuje na cienkiej lince. Od Rebelii do żenady droga krótka równią pochyłą w dół, na szczęście Stevenowi S. DeKnightowi udaje się uchronić przed ostatnim stopniem porażki.

Reżyser i scenarzysta pieczołowicie, kropka w kropkę powiela schemat oryginału. Gdy pozwala sobie na artystyczną szarżę, to kończy na manowcach. Wie, że produkt kształtujący się w jego rękach trafi głównie do nastolatków z Optimiusem Primem na koszulce oraz do fanów japońskich monster movies. Z seansu usatysfakcjonowani wyjdą również miłośnicy Power Rangers. Niestety, pozostała trójka scenarzystów i scenarzystek stale mąci spokój wizji DeKnighta.

Powrót na stare śmieci

Rok 2018 skutecznie podkreśla, że długi okres czasu dzielący datę realizacji oryginału od premiery kontynuacji nie zawsze przynosi korzyść marce. W lutym na ekranach kin szaleli zamaskowani Nieznajomi, bezlitośnie szlachtujący esencję pierwowzoru z 2008 roku. Nastał czas na kolejną serię. Pięć lat przerwy mogło pozytywnie wpłynąć na serię Pacific Rim, a studio Universal powinno dostrzegać w niej wpływową franczyzę. Nawet po odejściu Guillerma del Toro ze stanowiska reżysera, marka mogła okazać się dobrze prosperującym złożem najczystszej rozrywki.

Niestety, Rebelia to jeden z tych filmów, które sprzeniewierzają istotę pierwowzoru, sprzedając duszę marki komercyjnemu diabłu bez twórczej weny.

Pacific Rim: Rebelia - podsumowanie

4.0

PLUSY:
+ absorbujący I akt;
+ spektakularność;
+ modele robotów i potworów;
+ gigantyczna destrukcja w oparach dopracowanych efektów specjalnych.

MINUSY:
- mało wyrafinowane rozwinięcie wątków z pierwszej części;
- motywacje antagonisty;
- postacie tak płaskie, że prawie 2D;
- irracjonalna fabuła (nawet jak na widowisko o robotach walczących z potworami);
- skrojenie marki pod target odbiorców Transformers;
- brak Guillermo del Toro za sterami (cóż poradzić...);
-nieczytelne sceny akcji;
- chaos na stole montażowym.

Ocena4.0
Reader Rating: ( 2 votes ) 6.4