Home Recenzje Zimna wojna – recenzja filmu. Polski La La Land? Romantyzm nadal żyje!

Zimna wojna – recenzja filmu. Polski La La Land? Romantyzm nadal żyje!

Zimna wojna – recenzja filmu. Polski La La Land? Romantyzm nadal żyje! 9.0

Polski romantyzm żyje i ma się nad wyraz dobrze, czego dowodem może być najnowszy film Pawła Pawlikowskiego. Reżyser Idy zrywa z kontrowersją na rzecz kina subtelnego i intymnego, posiadającego przy tym plastyczne ramy rodzimej historii. Znakomite relacje między bohaterami zamyka w dopracowanych kadrach maestro polskiej operatorki, Łukasz Żal. Przed Wami recenzja filmu Zimna wojna.

Zimna wojna jest cudowna. Idealnie subtelna, cicha i skromna w sposobie prowadzenia narracji. Przy tym wszystkim produkcja huczy od natłoku treści, drobnych niuansów oraz spuścizny po Mickiewiczu i Norwidzie. Choć całokształt trwa ledwie półtorej godziny, Paweł Pawlikowski opowiada niezwykle rozbudowaną historię, rozpiętą na przestrzeni 15 lat, rozgrywającą się w czterech krajach. W ten sposób twórca – przy maksimum formy – opanowuje niemal do perfekcji sztukę prowadzenia wyrafinowanej fabuły. Historię budują krótkie sceny, intymne kadry i lakoniczne dialogi. Reżyser wierzy w inteligencję widza. Poprzez usta bohaterów mówi dostatecznie dużo, by odbiorca zrozumiał historię oraz emocje rządzące światem przedstawionym. Milczy równie często, aby nikt nie przykleił mu łatki biesiadnego gawędziarza.

Zimna wojna – polski La La Land?





Powojenne realia, którymi rządziła się Ida, pojawiają się również w Zimnej wojnie. Z tym wyjątkiem, że tym razem reżyser i scenarzysta nie dąży do historycznych rozliczeń. Wczesne lata PRL-u, wszechobecny socrealizm oraz początki funkcjonowania aparatu władzy składają się wyłącznie na przestrzeń, narzucającą bohaterom ich sposób funkcjonowania w świecie przedstawionym. Raczkujący socrealizm dyktuje swoje wymogi i tendencje ówczesnej sztuce komercyjnej, a dławiące proporczyki z hasłem „partia – naród” tylko podkreślają trudne realia powstawania szeroko rozumianej kultury. Ludowość – początkowo wznoszona jako sacrum – gwałtownie sprofanowana zostaje propagandowym systemem. Emigracja wydaje się jedynym sposobem ucieczki z chorego państwa. Nic dziwnego, że Pawlikowski – wtórując treści utworów oraz stylowi życia wielkich wieszczów – stawia na romantyczną wizję Polaka na uchodźstwie. Z tą jednak różnicą, że Wiktor (Tomasz Kot) definitywnie nie tęskni za ojczyzną – obiektem jego westchnień na obczyźnie staje się z kolei dużo młodsza Zula (Joanna Kulig).

Równie ważnym motywem, co nieszczęśliwa miłość dwojga zakochanych, jest tutaj warstwa muzyczna. Zimna wojna rozpoczyna się w takt ludowych rytmów z prowincji, by później – w miarę trwania toku fabuły, gdy akcja przenosi się do Paryża – zmienić się w zachodni jazz oraz liryczny utwór spod pióra francuskiej poetki. Muzyka pełni zatem zbilansowaną rolę spoiwa między parą zakochanych, jak również obrazuje rozwój ekonomiczny i społeczny poszczególnych państw. Niestety, sposób poprowadzenia kariery muzycznej oraz niesprzyjające warunki polityczne nie pozwalają zaznać szczęścia Zuli i Wiktorowi. Początkowa utopia z krainy polskich pieśni migruje do powojennego Paryża przesiąkniętego dekadenckim duchem.

Miłość, pasja i muzyka? Zapytacie: czy Zimna wojna to rodzima odpowiedź na La La Land? Faktycznie, można doszukiwać się kilku pierwiastków wspólnych. O ile jednak musical Damiena Chazelle porównać można do smacznej, lukrowej pałeczki, tak najnowszy film muzyczny Pawła Pawlikowskiego smakuje niczym ekskluzywna, gorzka czekolada z najlepszych delikatesów. To zupełnie inny rodzaj kina, prowadzący emocje odbiorcy w przeciwną stronę niż przemyślany układ taneczny na molo, wykonywany wieczorową porą.

Zimna wojna to artyzm na najwyższym poziomie

W parze ze znakomitą formą (stanowiącą klarowną kontynuację stylu wykorzystanego w Idzie), imponującymi ujęciami (zarówno w kontekście nieruchomych ujęć oraz mastershotów) idzie doskonała gra aktorska. Tomasz Kot i Joanna Kulig to crème de la crème wśród zaprezentowanych kreacji, choć nawet aktorzy pojawiający się w filmie przez chwilę, kradną cały ekran. Przykładem tego są: Adam Ferency i Adam Woronowicz, którzy występują wyłącznie w jednej scenie, a mimo tego wrażliwa ręka Pawlikowskiego wydobywa 100% z ich chropowatego temperamentu. Para głównych bohaterów stanowi kwintesencję subtelnej ulewy emocji, która zalewa widzów wraz z każdym drobnym uśmiechem, błyskiem w oku czy spojrzeniem z ukradka – to szczyt aktorskiej finezji oraz kreacyjnego kunsztu. Z drugiej strony doskonałemu reżyserowi i równie umiejętnej obsadzie wtóruje Łukasz Żal, zamykając rzeczywistość profilmową w monochromatycznych zdjęciach oraz ciasnym formacie 1:33.

Produkcja stanowi formalną kontynuację Idy, twórca jednak diametralnie zmienia wydźwięk swojego dzieła. Zamiast kontrowersji, widz otrzymuje cierpką historię niełatwej miłość, kształtującą się w czasach zimnej wojny. Pawlikowski do perfekcji opanowuje również sztukę prowadzenia narracji – w filmie treść przemawia językiem formy, forma z kolei wysławia się w dialekcie treści. A przy tym emocje śpiewają w chórach. To artyzm na najwyższym poziomie.

Zimna wojna - podsumowanie:

9.0

PLUSY:
+ znakomita obsada aktorska;
+ subtelność w sposobie kreacji świata przedstawionego oraz w przekazie tragicznego love story;
+ zdjęcia, z których każde można oprawić w ramkę i powiesić na ścianie;
+ intymny ton prowadzenia narracji;
+ doskonały splot maksimum formy i maksimum treści;
+ warstwa dźwiękowa;
+ dowód, że polski romantyzm jeszcze żyje i wcale nie trąci wtórnym patosem (jak w Mieście 44);
+ wyrafinowane odzwierciedlenie realiów historycznych;
+ fakt, że Pawlikowski przy pomocy krótkiego, przemyślanego ujęcia, potrafi przemycić gigantyczny ładunek fabularny i emocjonalny.

MINUSY:
- mało przekonująca kreacja Borysa Szyca – na szczęście swoje winy odkupuje w ostatniej ze scen.

Ocena9.0
Reader Rating: ( 1 vote ) 0.1