Thor: Miłość i grom – kiedy na Disney+ i czy warto było czekać?

0 Comments

Thor: Miłość i grom – kiedy na Disney+ i czy warto było czekać?

Jeśli wpisujesz w wyszukiwarkę hasło „thor miłość i grom kiedy na disney”, to pewnie chcesz jednej, prostej odpowiedzi. I słusznie, bo przy premierach Marvela łatwo się pogubić między kinem, VOD i Disney+. Ten film wzbudził sporo emocji, ale niekoniecznie takich, jakich wielu fanów się spodziewało.

„Thor: Miłość i grom” to produkcja, która miała być wielkim, kolorowym widowiskiem z humorem, akcją i odrobiną serca. W praktyce wyszło trochę bardziej chaotycznie, choć nadal jest o czym mówić. Poniżej znajdziesz nie tylko informację o premierze na Disney+, ale też krótki ogląd tego, czego można się po filmie spodziewać.

Kiedy „Thor: Miłość i grom” trafił na Disney+?

Najkrótsza odpowiedź brzmi: „Thor: Miłość i grom” pojawił się na Disney+ 8 września 2022 roku. To właśnie wtedy film został udostępniony w ramach Disney+ Day, czyli wydarzenia, podczas którego platforma dorzucała do biblioteki kilka głośnych tytułów i materiałów specjalnych. Dla widzów, którzy nie zdążyli do kina albo po prostu nie mieli ochoty płacić za osobny dostęp VOD, była to najwygodniejsza opcja.

Warto pamiętać, że w przypadku filmów Marvela okno między premierą kinową a debiutem na Disney+ nie zawsze jest identyczne. Czasem trwa to krócej, czasem dłużej, zależnie od strategii dystrybucyjnej Disneya. W przypadku „Thora: Miłość i grom” minęły około dwa miesiące od premiery kinowej, co jak na blockbuster tej skali było dość szybkim ruchem.

Dla części fanów to była dobra wiadomość, bo film od początku dzielił publiczność. Nie każdy chciał iść do kina w ciemno, zwłaszcza po pierwszych mieszanych opiniach. Disney+ okazał się więc bezpiecznym miejscem na seans: można było obejrzeć we własnym tempie, bez presji, a przy okazji sprawdzić, czy krytyka była przesadzona.

O czym jest ten film i skąd tyle zamieszania?

Fabuła „Thora: Miłość i grom” kręci się wokół kilku wątków naraz. Thor próbuje odnaleźć sens po wydarzeniach z poprzednich części i „Avengers: Koniec gry”, Jane Foster wraca w zaskakującej roli, a na horyzoncie pojawia się Gorr – przeciwnik z naprawdę mocnym, tragicznym zapleczem. Na papierze brzmi to jak materiał na jedną z ciekawszych odsłon serii.

Problem w tym, że film chce być jednocześnie komedią, romansem, kosmiczną przygodą i opowieścią o stracie. To nie musi być wada, ale tutaj proporcje momentami się rozjeżdżają. Reżyser Taika Waititi ponownie postawił na styl znany z „Thor: Ragnarok”, czyli dużo żartu, przerysowania i kolorowego chaosu. Tyle że tam to jeszcze miało świeżość, a tutaj bywa już zwyczajnie męczące.

Jako widz początkujący w marvelowym świecie można się na tym filmie bawić, bo dzieje się dużo i ekran praktycznie nie odpoczywa. Jako ktoś patrzący trochę bardziej krytycznie, trudno jednak nie zauważyć, że kilka naprawdę mocnych tematów zostało potraktowanych zbyt lekko. Gorr, grany przez Christiana Bale’a, ma potencjał na jednego z najciekawszych złoczyńców MCU, ale dostaje za mało miejsca. Jane Foster wnosi emocje, ale film często ucieka od nich w żart, jakby bał się poważniejszego tonu.

To właśnie dlatego wokół premiery na Disney+ było tyle pytań. Wiele osób chciało sprawdzić, czy film faktycznie jest tak nierówny, jak pisano po premierze kinowej. I trzeba uczciwie powiedzieć: coś w tym jest. To nie jest katastrofa, ale też na pewno nie szczyt możliwości Marvela.

Czy warto obejrzeć „Thor: Miłość i grom” na Disney+?

Tak, ale najlepiej z odpowiednim nastawieniem. Jeśli liczysz na film w stylu najlepszych momentów MCU, z dobrze rozpisanym dramatem i bohaterami, którzy naprawdę mają czas wybrzmieć, możesz poczuć niedosyt. Jeśli jednak chcesz lekkiego widowiska na wieczór, z efektami specjalnymi, znajomymi twarzami i kilkoma udanymi scenami akcji, seans na Disney+ ma sens.

Dużym plusem domowego oglądania jest to, że łatwiej zaakceptować tempo i ton tej produkcji. W kinie część widzów mogła czuć rozczarowanie, bo oczekiwania wobec kolejnego „Thora” były ogromne. Na platformie streamingowej film ogląda się trochę inaczej: bardziej jako element większej marvelowej układanki niż wydarzenie sezonu.

Na plus na pewno wypada obsada. Chris Hemsworth nadal dobrze czuje tę postać, Natalie Portman wnosi do historii coś więcej niż tylko nostalgię, a Christian Bale praktycznie wyciąga każdą scenę, w której się pojawia. Wizualnie film też ma swoje momenty, szczególnie tam, gdzie odchodzi od przesadnie cukierkowej estetyki i pozwala sobie na bardziej mroczne obrazy.

Z drugiej strony humor bywa wymuszony. Niektóre żarty działają, ale inne sprawiają wrażenie, jakby wrzucono je na siłę, bo „Thor” musi być śmieszny. I właśnie tu pojawia się największy zgrzyt: film opowiada o bólu, chorobie, stracie i wierze, a jednocześnie co chwilę mruga do widza tak mocno, że trudno wejść w emocje na serio.

Dlatego moja odpowiedź jest prosta: warto obejrzeć, jeśli masz Disney+ i interesują cię filmy Marvela, ale niekoniecznie warto budować sobie wokół tego seansu wielkie oczekiwania. To raczej średniak z kilkoma naprawdę dobrymi pomysłami niż produkcja, do której będzie się wracać bez końca.

Jak „Thor: Miłość i grom” wypada na tle innych filmów Marvela?

Na tle całego MCU ten film wypada dość przeciętnie. Nie jest tak świeży jak „Thor: Ragnarok”, nie ma takiego ciężaru emocjonalnego jak najlepsze części „Avengers”, a jednocześnie nie jest też kompletnie nieudany. To jeden z tych tytułów, które ogląda się bez większego bólu, ale po seansie trudno powiedzieć: „to było coś wyjątkowego”.

Największy problem polega chyba na tym, że Marvel sam przyzwyczaił widzów do wysokiego poziomu. Kiedy dostajemy film, który wygląda dobrze, ma znane postacie i spory budżet, ale nie potrafi zdecydować, czym chce być, rozczarowanie przychodzi naturalnie. „Thor: Miłość i grom” jest trochę jak odcinek przejściowy w większej historii – ważny dla uniwersum, ale niekoniecznie satysfakcjonujący jako samodzielna opowieść.

Jeśli porównać go z innymi nowszymi produkcjami Marvela, to wypada nierówno. Ma więcej energii niż niektóre bardziej zachowawcze tytuły, ale jednocześnie mniej dyscypliny scenariuszowej. Jest odważny wizualnie, tylko że sama forma nie wystarcza, gdy treść zaczyna się rozjeżdżać. To film, który bardzo chce być zapamiętany jako szalony i inny, ale ostatecznie zostawia po sobie raczej wrażenie niewykorzystanego potencjału.

Z perspektywy fana Thora też można mieć mieszane uczucia. Bohater przeszedł w MCU długą drogę i naprawdę zasługiwał na historię, która lepiej zbalansuje humor z emocjami. Tutaj momentami wygląda to tak, jakby twórcy bardziej ufali gagom niż samej postaci. A szkoda, bo wątek Jane i Gorrra pokazuje, że materiał na coś mocniejszego był pod ręką.

Dlaczego pytanie o Disney+ było tak popularne?

Popularność zapytania „thor miłość i grom kiedy na disney” nie wzięła się znikąd. Po pierwsze, Marvel ma ogromną grupę odbiorców, którzy śledzą premiery niemal automatycznie. Po drugie, model dystrybucji po pandemii mocno się zmienił i widzowie przyzwyczaili się, że kinowy hit po stosunkowo krótkim czasie trafia do streamingu. Dla wielu osób to już podstawowy sposób oglądania blockbusterów.

Nie bez znaczenia były też opinie po premierze kinowej. Gdy film zbiera zachwyty, część widzów pędzi do kina od razu. Gdy recenzje są podzielone, wiele osób woli poczekać na Disney+ i sprawdzić wszystko samemu bez dodatkowego kosztu. „Thor: Miłość i grom” idealnie wpisał się w ten drugi scenariusz.

Do tego dochodzi jeszcze prosty fakt: Disney+ jest dziś naturalnym domem dla filmów Marvela. Widzowie wiedzą, że jeśli nie obejrzą czegoś na dużym ekranie, to prędzej czy później znajdą to właśnie tam. Stąd regularne pytania o daty premier, dostępność w Polsce, wersje językowe czy miejsce filmu w chronologii MCU.

I szczerze mówiąc, to całkiem rozsądne podejście. Nie każdy film Marvela trzeba oglądać w dniu premiery. „Thor: Miłość i grom” jest dobrym przykładem produkcji, która na Disney+ zyskuje trochę więcej luzu. Oczekiwania są niższe, łatwiej wybaczyć jej nierówności i po prostu potraktować ją jako część większej zabawy w superbohaterskim świecie.

Najczęściej zadawane pytania

Kiedy „Thor: Miłość i grom” pojawił się na Disney+?

Film trafił na Disney+ 8 września 2022 roku. Premiera odbyła się w ramach wydarzenia Disney+ Day.

Czy „Thor: Miłość i grom” jest dostępny na Disney+ w Polsce?

Tak, film jest dostępny na Disney+ także dla widzów w Polsce, o ile mają aktywną subskrypcję platformy.

Czy trzeba obejrzeć wcześniejsze filmy Marvela przed seansem?

Nie jest to absolutnie konieczne, ale dobrze znać przynajmniej „Thor: Ragnarok” i „Avengers: Koniec gry”. Dzięki temu łatwiej zrozumieć, w jakim miejscu znajduje się Thor i skąd biorą się niektóre relacje.

Czy „Thor: Miłość i grom” nadaje się dla nowych widzów MCU?

Tak, choć część odniesień może umknąć. Film jest dość przystępny, ale osoby znające wcześniejsze produkcje Marvela wyciągną z niego więcej kontekstu.

Ile trwa „Thor: Miłość i grom”?

Film trwa około 119 minut, więc jest jedną z krótszych kinowych produkcji Marvela z ostatnich lat.

Czy warto obejrzeć ten film na Disney+?

Warto, jeśli lubisz Marvela i chcesz nadrobić ważny tytuł z MCU. Najlepiej jednak podejść do niego bez wygórowanych oczekiwań, bo to film nierówny, choć momentami naprawdę udany.

Czy „Thor: Miłość i grom” to dobra część serii o Thorze?

Raczej średnia. Ma ciekawe pomysły, dobrą obsadę i kilka mocnych scen, ale całość bywa zbyt chaotyczna i zbyt mocno oparta na humorze.

Kto jest głównym złoczyńcą w filmie?

Głównym przeciwnikiem jest Gorr, nazywany Rzeźnikiem Bogów. To postać z dużym potencjałem, zagrana przez Christiana Bale’a.

Czy po filmie są sceny po napisach?

Tak, „Thor: Miłość i grom” ma sceny po napisach. Jak zwykle w Marvelu warto zostać do końca, jeśli nie chcesz przegapić zapowiedzi kolejnych wątków.

Czy film ma znaczenie dla dalszych produkcji Marvela?

Tak, choć nie jest to najbardziej przełomowy rozdział MCU. Wprowadza jednak kilka elementów i postaci, które mogą mieć znaczenie w kolejnych filmach i serialach.

Dodaj komentarz