Home Recenzje „22 Jump Street” – recenzja

„22 Jump Street” – recenzja

„22 Jump Street” – recenzja

W kinach możemy już oglądać komedię „22 Jump Street” z głównymi rolami Chaninga Tatuma oraz Jonaha Hilla. Czy warto wybrać się na seans? Zapraszamy do naszej recenzji.

Na „21 Jump Street” natknąłem się przez przypadek. Nigdy nie byłem fanem procedurali z późnych lat ’90 ubiegłego wieku, więc sam tytuł niewiele mi mówił. Trafiłem jednak na pokaz i… zaskoczenie – film był totalnie pojechany i śmieszny jak diabli, choć w warstwie fabularnej pozostawał tępy jak brokuł chory na Alzheimera. W związku z tym ostatnim nie spodziewałem się, że ktoś pokusi się o sequel. I znowu niespodzianka, masz Ci los. Na ekrany wchodzi „22 Jump Street”, a w nim bożyszcze nastolatek Chaning Tatum, którego nazwisko zawsze piszę z błędem, wywija giwerą i skacze przez płoty jakby znowu grał w „Step Up”.

Czy to jest śmieszne? Kurdę, no jest. Czy głupie? Ależ naturalnie! Dwójka głównych bohaterów (brzydszego z policyjnych partnerów gra w filmie Jonah Hill, odpowiedzialny również częściowo za otoczkę fabularną) idzie do collegu na zlecenie Ice Cube’a, gdzie musi wytropić dostawcę nowego dragu. W celach operacyjnych muszą więc chlać i bawić się jak prawdziwi studenci, choć tym razem – co stwierdziłem z żalem – zabrakło napalonej nauczycielki. Coś takiego MUSI być głupie. Śmiesznie już niekoniecznie, ale ten test „22 Jump Street” na szczęście zdaje, choć głównie za pomocą nawiązań do gejowskiego seksu i scen.

Dwie rzeczy są natomiast w tym filmie fenomenalne:

Muzyka – połączenie popowej elektroniki, dubstepu i klubowych remiksów najbardziej znanych kawałków momentalnie wkręca w klimat całego filmu, przez co widz nie do końca wie, czy ogląda komedię w stylu „American Pie”, czy coś, co aspiruje do miana nowej „Akademii Policyjnej”. Niemniej, dobór soundtracku jest mistrzowski i zdecydowanie podkręca całość wrażeń.

Napisy końcowe. Tak jest: NAPISY KOŃCOWE. Tutaj twórcy zakpili sami z siebie (zresztą robią to nie raz) i pokazali, jak mogłaby wyglądać mroczna przyszłość, w którym seria „XX Jump Street” ciągnęłaby się w nieskończoność. Kolejne plansze tytułowe i urywki fikcyjnych filmów są w zasadzie śmieszniejsze niż wszystko, co widzieliśmy wcześniej na kinowym ekranie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że warto przemęczyć się na tych co głupszych/nudniejszych momentach, żeby tylko do nich dotrwać.

„22 Jump Street” nie jest może „komedią roku”, jak statuował dystrybutor (mi osobiście – w dziedzinie rozrywek, po których, aby przywrócić równowagę umysłową, trzeba przeczytać całą bibliografię Prousta – bardziej podeszło „Milion sposobów jak zginąć na zachodzie”), ale daje radę i na pewno nie będzie stratą pieniędzy. No, chyba że pójdziecie na film w środku weekendu w Warszawie – wtedy można się zastanowić.

Piotr Brewczyński