Home Recenzje „Godzilla” – recenzja

„Godzilla” – recenzja

„Godzilla” – recenzja

Czy współczesna „Godzilla” rodem z USA jest w stanie dzisiaj chwycić widzów za gardło i równocześnie usatysfakcjonować ortodoksyjnych fanów? Zapraszamy do naszej recenzji.

W 1997 (a pewnie nawet wcześniej) roku parę osób wpadło na fatalny pomysł. Pomyśleli sobie: „CGI jest już na takim poziomie, że możemy wreszcie oddać honor jednej z ikon japońskiej kinematografii, i choćby była to kupa godna tytułowej imienniczki, nie da się tego spaprać”. Otóż dało się i wszyscy to pamiętamy.

17 (sic!) lat później ktoś w Hollywood znów wpadł na ten sam, z pozoru „genialny” pomysł. I tak w maju 2014 roku „Godzilla” znowu zagościła na ekranach, marszcząc mordkę w nadziei, że tym razem jej się uda. Jak wyszło?

Cóż, ze zdziwieniem stwierdzam, że nawet nieźle.

Zacznijmy od fabuły. Tym razem scenarzyści poszli po rozum do głowy i garściami zaczerpnęli z oryginalnej historii. Potwór pojawia się w zasadzie nie wiadomo skąd, choć Amerykanie nie byliby sobą, gdyby nie postarali się umocować tego zdarzenia na jakiejś osi przyczynowo-skutkowej, skądinąd całkiem dobrze wpasowującej się w ideę całego filmu. Dość powiedzieć, że nasza łuskowaty bohater ma przed sobą konkretny cel i konsekwentnie dąży do jego osiągnięcia na swój dość niezdarny i destrukcyjny sposób.

Oczywiście, w nowej „Godzilli” kamera nie lata cały czas jak szalona za wielkim gadem, a koncentruje się na poczynaniach grupy ludzkich bohaterów, w tym za głównym, granym przez Aarona Johnsona alias Kick-Assa. Z nimi też nie jest źle. W japońsko-amerykańskim kociołku mamy chęć naprawienia relacji rodzinnych, miłość, rozłąkę (klasycznie) oraz pęd do wiedzy. Kiepsko jest właściwie tylko na jednym poziomie, choć tutaj zdania są podzielone.

To, co w „Godzilli” wręcz razi, to – z jednej strony – dość mroczny klimat filmu katastroficznego, w którym ludzie praktycznie nie mają szans w starciu ze starożytnymi siłami; a z drugiej – kilka epizodów tak przeraźliwie głupich, że widz zastanawia się momentami, czy konwencja nagle nie zmieniła się w komediową. Rozumiem zamysł, bo jest on ewidentnym nawiązaniem do japońskich produkcji starszej daty, jednak momentami miałem wrażenie, że reżyser nie mógł znaleźć złotego środka pomiędzy powagą a groteską, tym samym dostarczając nam film o bardzo rozchwianej konstrukcji. Uważam że „Pacific Rim”, pomimo tego, że nie przepadam za tą produkcją, poradziło sobie z zagadnieniem z większą klasą. Dodam tutaj, że osobiście jestem zdeklarowanym fanem „Transformersów”, co wiele mówi o mojej tolerancji względem szajsowatej fabuły.

Co by jednak nie mówić, „Godzilla” to totalna rozpierducha co się zowie. Samoloty spadają, wieża Eiffla przewraca się jakby była zrobiona z zapałek, całe miasta praktycznie znikają z powierzchni ziemi, a na niej samej przerażeni ludzie biegają jak opętani w poszukiwaniu schronienia. Film robi wrażenie rozmachem i klimatem, który ostatnio czułem do tego stopnia podczas seansu „2012” (wiem, wstyd się przyznać, ale bardzo kręcą mnie klimaty apokaliptyczne). Jednym zdaniem – w zasadzie bawiłem się przednio.

Nowej „Godzilli” nie wolno stawiać w jednym rzędzie z gniotem z 1998 roku – mogłaby go zjeść na śniadanie i nawet nie pierdnąć. Jeśli komuś nie przeszkadzają ewidentne niespójności logiczne i prostota rodem z kina lat ’90 zeszłego wieku, powinien wyjść z seansu zadowolony. Pozostali mogą wybrać się na coś innego lub poczekać na kolejny wiosenno-letni blockbuster.

Piotr Brewczyński