Home Recenzje „Iron Sky” – recenzja

„Iron Sky” – recenzja

„Iron Sky” – recenzja

Już w piątek do naszych kin wchodzi długo wyczekiwana przez wszystkich fanów science-fiction produkcja zatytułowana „Iron Sky”, która była jedną z bardziej obleganych premier na festiwalu Berlinale. Czy obraz zrobiony m. in. za pieniądze fanów sprosta oczekiwaniom publiczności? Zapraszamy do naszej recenzji!


Nie pamiętam już kiedy pierwszy raz natknąłem się na internetowe zapowiedzi „Iron Sky”. Był to chyba jakiś z lekka kulawy zwiastun opatrzony komentarzem, w którym ktoś o kim nigdy nie słyszałem, zarzekał się na cały asgaardzki panteon, że film na sto procent powstanie. Przyznam, że nie uwierzyłem. Moją pierwszą myślą było raczej coś w stylu „Ha. Banda szalonych Finów chce zrobić film o nazistach z kosmosu. Rany, co za pomysł”. Przejechałem się i to dość mocno.

Nadszedł rok 2011 i świat obiegła niesamowita wieść; mianowicie – banda szalonych Finów, do spółki z równie skrzywionymi Niemcami i Australijczykami, FAKTYCZNIE zrobiła ten film. Mało tego – nie dość, że sami uzbierali na niego 6,5 miliona Euro, to dodatkowy milion wyciągnęli od zaangażowanych w projekt fanów. Ci ostatni zresztą wsparli „Iron Sky” nie tylko finansowo. Jak się okazało, filmowy fandom miał potężny wpływ na cały proces twórczy – od wymyślania imion poczynając, na projektach 3D kończąc. Przyznam, że opadła mi szczęka.

Potem zaczął się hype, który porównać można z tym dotyczącym na ogół filmów klasy Z (jak choćby „The Machine Girl”). Tyle że na znacznie, znacznie większą skalę. Ludzie z niedowierzaniem i ekscytacją przekazywali sobie informację, że gdzieś tam na północy, zachodzie i południu naraz powstaje film opowiadający o cholernych nazistach z cholernego księżyca. „Uwierzysz? Nie? A JEDNAK!”. Trzeźwo myślący widz z Polski odpowiedziałby może: „Ok, może i powstaje, ale na pewno nie zobaczymy go w naszych kinach”. No, to teraz ugryzłby się w język.

„Iron Sky” to fenomen. Okazało się bowiem, że film, który przy mniejszym budżecie faktycznie zyskałby etykietkę „klasy Z” i krążyłby tylko w trzecim obiegu, nagle grubo przed premierą zyskał grono wiernych fanów, okazał się jednym z bardziej obleganych filmów na festiwalu w Berlinie, a także zyskał status jednej z najbardziej oczekiwanych produkcji 2012 roku wśród fanów SF. Czy słusznie?

Zwiastun w zasadzie nie ujawniał wiele. Był księżyc, były swastyki, były latające spodki. Było też kilka przewijających się krótko postaci, nie wróżących specjalnie wysublimowanej gry aktorskiej. Może to i lepiej, bowiem osobiście wybrałem się na „Iron Sky” z nastawieniem neutralnym, a wyszedłem – cóż – bardzo przyjemnie zaskoczony.

Film można śmiało porównać do trzeciej części fabularnych „Tansformersów”, ale – prawdopodobnie dzięki temu, że jest to jednak produkcja głównie europejska – „Iron Sky” ma ten wielki plus, że jest całkowicie oddarty z amerykańskiego hura-optymizmu i nachalnego patosu. Już od samego początku widać, że producenci chcieli zrobić dobrą, całkiem inteligentną komedię, której fabuła kręci się wokół najgłupszego pomysłu na świecie.

Otóż w 2018 roku amerykańska misja kosmiczna, powodowana zresztą niczym innym jak chęcią ponownego wygrania wyborów prezydenckich przez kobietę, która niepokojąco przypomina Sare Palin, natrafia na księżycu na bazę nazistów. Jak ci się tam znaleźli? To kompletnie nie jest w filmie wytłumaczone, ale – nie oszukujemy się – nie ma to też większego znaczenia. Znaczenie ma natomiast fakt, że księżycowi faszyści są o krok od uruchomienia potężnej machiny wojennej, która jednym strzałem będzie zdolna zniszczyć Ziemię z przyległościami.

Na tym bajecznym tle pojawia się oczywiście cała plejada bohaterów. Mamy (ale tylko na pierwszy rzut oka!) stereotypowego murzyna; mamy pełną ideałów piękną blond-nazistkę, która nie do końca wie, o co tak naprawdę chodzi jej dowódcom; mamy opętanego żądzą władzy zastępcę fuhrera, który idealnie potrafi dostosowywać się do zmieniających się warunków; no i mamy również wreszcie panią Prezydent USA i jej sztab wyborczy, czyli bandę ludzi, którzy wojnę z Niemcami z kosmosu traktują jak długo wyczekiwaną szansę.

Trudno mi wyliczyć zalety „Iron Sky” tak, by zanadto się nie rozpisywać. Film – pomimo totalnie niepoważnej tematyki – stanowi całkiem udane, a do tego nieprzeintelektualizowane, nakreślenie tego, jak funkcjonuje dzisiejszy świat pod znaczącym wpływem USA. Można powiedzieć, że wnioski są praktycznie podane na  tacy, ale to tylko sprawia, że całość jest jeszcze zabawniejsza. Ponadto, „Iron Sky” serią przezabawnych, oryginalnych gagów nawiązuje do szeroko pojętej popkultury, ze znanymi „około-hitlerowskimi” produkcjami na czele. Najmocniej dostaje się chyba „Upadkowi” – sparodiowana scena, przerabiana już zresztą przez ogromną rzeszę ludzi na YouTube – spowodowała na sali istną salwę śmiechu.

Film jednocześnie bardzo dobrze trzyma dystans zarówno do samego siebie, jak i do komentowanych zagadnień. Wszyscy dostają po łapach po równo, włączając w to fińskiego koproducenta. Z drugiej strony – twórcy uniknęli wulgarnego slapsticku, być może mając na uwadze szacunek do inteligencji widza. Scen porównywalnych do chaplinowskiego przewracania się na skórce od banana jest niewiele, a ponadto są na tyle zręcznie wplecione w całość, że nie rażą swoją prostotą.

Od typowego przedstawiciela kina klasy Z odróżnia „Iron Sky” jeszcze jedna rzecz. Mówiąc kolokwialnie – nie zobaczymy tu cycków. Trochę szkoda? Być może. Jednak nie wydaje mi się, by przez zastosowanie tak prostackiego zabiegu film stał się lepszy. Zresztą główna rola damska (Renate Richter odtwarzana przez Julię Dietze) i tak zdecydowanie „daje radę”.

„Iron Sky” to kawałek (dosłownie – film trwa prawie równe 1,5 godz.) fajnego, rozrywkowego kina z czytelnym, nierozbuchanym przesłaniem. Fabuła jest na tyle zaskakująca by śmieszyć i nie nudzić; aktorzy natomiast – pomimo tego, że trailer trochę mnie wystraszył – grają dokładnie tak, jak powinni, może z małym wyjątkiem pani Prezydent (nieco zbyt sztucznej nawet jak na poziom tła).

Wreszcie – nawet jeśli nie mieliście ochoty poznawać wizji nazistów najeżdżających Ziemię z księżyca, warto skoczyć do kina. Choćby po to, żeby doświadczyć siły ludzkiej determinacji w tworzeniu czegoś, co na dobrą sprawę jest wyłącznie czystą rozrywką. „Iron Sky” pokazał, że przy wsparciu fanów można stworzyć coś naprawdę świetnego, choćby pomysł wyjściowy pochodził z zeszytu niespełnionego reżysera, któremu w dodatku brakuje kilku klepek.

Piotr Brewczyński