Home Recenzje „Lucy” – recenzja

„Lucy” – recenzja

„Lucy” – recenzja

Już w piątek do kin trafi nowy film science-fiction w reżyserii Luca Bessona – „Lucy”. Czy warto się wybrać do kina? Zapraszamy do naszej recenzji.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: wchodzicie na salę, sadowicie się, wyjmujecie sweter, bo w końcu klimatyzacja napiera jakbyście poszli na film w Dubaju; po czym zaczyna się pierwsza scena. Scena jest całkiem spoko – apetyczna niczym polskie jabłko Scarlett Johansson gada coś do zarośniętego typa w kowbojskim kapeluszu. Typ coś tam pyskuje i nagle – TWIST!, po czym bohaterka ląduje w foyer luksusowego hotelu. Atmosfera zagęszcza się jak zimny kisiel, coś zaczyna śmierdzieć (w sensie metaforycznym), a jednocześnie z głośników padają one-linery po koreańsku – niby nic nie rozumiecie, ale jednak okazuje się, że pół sali się śmieje. „No”, myślicie sobie, „zapowiada się niezły film”.

I wtedy na ekran wjeżdża Morgan Freeman z tymi swoimi fikuśnymi piegami i rzecze w te słowa: „nauka mówi, że człowiek wykorzystuje około 10% swojego mózgu. Jedyną istotą, która wykorzystuje go efektywniej, jest delfin. I dlatego ma echosondę. Tadaa!”. Ok, to ostatnie dodałem sam.

„Co”, myślicie z przerażeniem, „Morgan – to najgłupsze co słyszałem z Twoich ust od czasów „Wanted”!”.

Mieliście tak kiedyś? Nie? To będziecie mieli, jak pójdziecie na „Lucy”.

Nie wiem jeszcze, czemu Luc Besson mi to zrobił, ale kiedyś go dorwę i zapytam, waląc po twarzy twardą kopią jego „Piątego Elementu”. Luc bowiem wziął całkiem nośny temat, z którym już wcale nieźle poradzili sobie twórcy „Jestem bogiem”, a następnie dokooptował do tego obaloną WIEKI temu teorię odnośnie wykorzystywania mózgu. Mało tego. Motyw ten, brzmiący w uszach kogokolwiek, kto posiada choćby 10% średniej ilości substancji szarej, jak kompletna bzdura, jest motorem całego filmu, choć spokojnie można by go pominąć i zastąpić po prostu – nie wiem – ZWIĘKSZENIEM zdolności umysłowych? Wystarczyło sięgnąć po sprawdzone rozwiązania, wyrzucić przerażoną małpę z końcówki, a całość wypadałaby sto razy mniej żenująco. Teraz choćby samej ścieżki dialogowej trudno słuchać bez metodycznego uderzania się ręką w czoło.

Co poza tym? No, jeśli odsuniemy na bok kompletnie idiotyczny motyw przewodni oraz sceny najbardziej powiązane tematycznie (nieobecnemu wejrzeniu Scarlett jednak wciąż daleko do tegoż samego triku w wykonaniu Mili Jovovich), to nie jest aż tak źle. Efekty specjalne dają radę, podobnie jak sceny otwierające film (o czym wspomniałem na początku) oraz nieco filozofujące, ale nienachalne wstawki z przyrodniczych filmów dokumentalnych, dość zgrabnie komentujące bieżącą fabułę. Besson nie byłby również sobą, gdyby w „Lucy” nie pojawiła się piramida zrobiona z kolejno nadjeżdżających samochodów – fani „Taxi” będą zachwyceni. Przez jakieś 2 sekundy.

To wszystko jednak nie chroni widza przed gwałtem na umyśle, którym jest tragicznie spłycone zakończenie. W roli głównej – nieożywiony bohater sezonu, czyli gwiezdny pendrive. No na miłość boską…

Jeśli następnym razem zobaczę w zwiastunie albo na plakacie duet Morgan Freeman plus sex-symbol sprzed 3-5 lat, poważnie zastanowię się nad przejściem nad takim filmem do porządku dziennego. Dojście do siebie po „Wanted” zajęło mi bardzo dużo czasu. Teraz „Lucy” zaserwowała mi powtórkę. Nie zasłużyłem na to.

Piotr Brewczyński