Home Recenzje „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” – recenzja

„Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” – recenzja

„Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” – recenzja

„Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” możemy od pewnego czasu oglądać już w kinach. Jak prezentuje się komedia umiejscowiona na Dzikim Zachodzie? Zapraszamy do naszej recenzji.

Powiem to już na początku: „Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie” to film głupi jak kasztan, przy czym ten konkretny kasztan również nie należy do najbystrzejszych, jeśli zestawimy go z innymi kasztanami z konkretnego… no cóż – kasztana.

Jeśli pamiętacie cykl „Naga broń”, z nieodżałowanym Leslie Nielsenem w roli głównej, to możecie mieć jako-takie pojęcie o czym mówię. Połączcie ją z kultowymi „Płonącymi siodłami”, doprawcie solidnie „Głową rodziny” i dostaniecie „Milion sposobów…” – najnowszy film Setha McFarlane’a, znanego głównie z ostatniego wspomnianego przeze mnie tytułu (jeśli pominiemy film o zaćpanym pluszaku).

„Milion sposobów…” to – nomen omen – postrzelona komedia osadzona na dzikim zachodzie, której głównego bohatera gra sam reżyser. Albert, bo tak nazywa się gość, to niepozorny pasterz, który w życiu naczytał się za dużo książek. Niewyparzony język co i raz wplątuje go w problemy, z których jedynym wyjściem jest zazwyczaj położenie przeciwnika trupem. W jego staraniach o lepsze życie wspomaga go najlepszy przyjaciel Edward oraz dziewczyna Edwarda – bogobojna i dobroduszna prostytutka Ruth, po nocy z którą sam diabeł by się wstydził (w tej roli cudowna Sarah Silverman). Do obsady dorzucono jeszcze Charlize Theron i Liama Neesona, bo najwyraźniej nudzili się między kontraktami. Ta pierwsza, jako najfajniejsza laska w filmie, szybko zawróci w głowie Albertowi.

Całość filmu to w zasadzie dość luźna fabuła metaforycznie owinięta dookoła penisa i śmierci, poprzetykana gagami tak żenującymi, że człowiek śmieje się i głupieje jednocześnie w iście zastraszającym tempie. Gdyby neurony były ludźmi, McFarlane byłby ścigany za ludobójstwo.

To, co oglądamy na ekranie szybko wprawia widza w trans zbliżony do joyce’owskiego strumienia świadomości. W pewnym momencie oglądając film łapiemy się na tym, że nasze myśli wyglądają mniej więcej w taki sposób: Haha, rogacizna na dachu, nawet śmieszne. Ktoś zginął. Charlize Theron ma dobre cycki. Ktoś zginął. Strzelają, ktoś puścił bąka. Haha. O – to nawiązanie do znanego westernu, który wszyscy znają, ale widział go tylko mój dziadek. Ktoś zginął. Ścigają Setha… O MÓJ BOŻE TO JEST OWCZY PENIS!

I tak to się ciągnie, dzięki czemu nasz mózg szybko się wyłącza, a my leniwie chłoniemy kolejne sceny mając nadzieję, że miła pani z obsługi na czas wymieni wiadro, do którego skapuje nasza ślina.

Co by jednak nie mówić, „Milion sposobów…” to typowe guilty pleasure – w praktyce śmiejemy się do rozpuku przez półtorej godziny z rzeczy, których potem będziemy się bardzo wstydzić przed znajomymi. Jedynym usprawiedliwieniem mogą być faktycznie dobrze rozegrane nawiązania do klasyków kina, z których część można przewidzieć (na czele z – w mojej opinii – najbardziej udaną), a część jest tak kompletnie od czapy, jak zakończenie zdania, które właśnie kaczka.

Jeśli chociaż trochę rajcuje Was to wszystko, a do tego macie ochotę na 90-minutową terapię sprowadzającą Waszą inteligencję do poziomu, na którym wygrana w bierki z rozgwiazdą jest nie lada osiągnięciem, to polecam. Nauczycie się przynajmniej, że ludzie giną na jarmarku.4

Piotr Brewczyński