Home Recenzje „Prometeusz” – recenzja

„Prometeusz” – recenzja

„Prometeusz” – recenzja

„Prometeusz” w końcu wylądował w Polsce. Z powodu Euro 2012, długo wyczekiwany film Ridleya Scotta debiutuje u nas z ponad miesięcznym opóźnieniem. Jedna z najbardziej gorących premier science-fiction tego lata od piątku w naszych kinach.


Pamiętacie tą niesamowitą duszną atmosferę „Obcego” z 1979 roku? Te ciemne klaustrofobiczne korytarze, przemykający w kanałach ksenomorf mordujący załogę i dzielną heroiczną Ripley, która wyrzuca monstrum w przestrzeń kosmiczną?

Zapomnijcie o tym.

„Prometeusz” tego samego twórcy to zupełnie inny horror science-fiction. Przez te kilka miesięcy tajemniczej i zarazem świetnej kampanii promocyjnej (zwiastuny zwiastunów, rewelacyjne viralowe materiały wideo, ciągłe spekulacje odnośnie tego czy to prequel sagi o Obcych etc.), oczekiwania mocno wzrosły. Fani uniwersum obgryzali paznokcie, inni spodziewali się wysokobudżetowego widowiska za ponad 150 mln dolarów w 3D z artystycznym pazurem.

A Scott postanowił zagrać na nosie wszystkim i stworzył… letni blockbuster z przepięknymi efektami specjalnymi, pompatyczną ścieżką dźwiękową, wyrazistymi aczkolwiek mocno przerysowanymi postaciami i możemy tylko marzyć o tym, że Noomi Rapace będzie drugą Sigurney Weaver. To absolutnie nie ten poziom, bo twórca postanowił zaserwować nam coś typowego jeśli chodzi o linię fabularną, mrugając jedynie okiem do fanów „Obcego”.

„Prometeusz” to przede wszystkim luźno poskładane wątki, które niekoniecznie znajdują swój finał. Całość bardziej oparta jest na niesamowitych ujęciach Dariusza Wolskiego, odpowiednim budowaniu napięcia i jego kulminacji, ale w sposób wręcz dosłowny i czasami nieco kiczowaty kojarzący się bardziej z filmami klasy B. Mocno na tym cierpi ciąg przyczynowo-skutkowy, bo niektórzy bohaterowie zachowują się w sposób mało sensowny, powodując jedynie uśmiech politowania na twarzy widza. Gdy do tego dodamy nieco pompatyczne kwestie wygłaszane przez postacie z epicką muzyką w tle (niestety bez tego pazura co w zwiastunach), to wiemy już, z jakim kinem mamy do czynienia.

A Scott postanowił zagrać na nosie wszystkim i stworzył… letni blockbuster z przepięknymi efektami specjalnymi, pompatyczną ścieżką dźwiękową, wyrazistymi aczkolwiek mocno przerysowanymi postaciami i możemy tylko marzyć o tym, że Noomi Rapace będzie drugą Sigurney Weaver. To absolutnie nie ten poziom, bo twórca postanowił zaserwować nam coś typowego jeśli chodzi o linię fabularną, mrugając jedynie okiem do fanów „Obcego”.

„Prometeusz” to przede wszystkim luźno poskładane wątki, które niekoniecznie znajdują swój finał. Całość bardziej oparta jest na niesamowitych ujęciach Dariusza Wolskiego, odpowiednim budowaniu napięcia i jego kulminacji, ale w sposób wręcz dosłowny i czasami nieco kiczowaty kojarzący się bardziej z filmami klasy B. Mocno na tym cierpi ciąg przyczynowo-skutkowy, bo niektórzy bohaterowie zachowują się w sposób mało sensowny, powodując jedynie uśmiech politowania na twarzy widza. Gdy do tego dodamy nieco pompatyczne kwestie wygłaszane przez postacie z epicką muzyką w tle (niestety bez tego pazura co w zwiastunach), to wiemy już, z jakim kinem mamy do czynienia.

„Prometeusz” to w żadnym wypadku nie jest artystyczna wizja Scotta, która przewróci science-fiction do góry nogami. To absolutnie nie ta półka. To bardziej rzemieślnicze dzieło, które korzysta z ogranych klisz gatunkowych i sprawnie wpasowuje się w popularne schematy z masą dziur logicznych. W kilku miejscach android David (świetny Michael Fassbender) wysuwa się na pierwszy plan i Scott dorzuca tu nieco od siebie autorskiego kunsztu na poziomie rozważań filozoficznych człowiek-maszyna, jednak całość potraktowana jest zbyt powierzchownie i niestety ginie w tonie niedopowiedzeń. Motywem przewodnim jest pytanie o to skąd pochodzimy, jednak postawiona teza i wyłaniające się wnioski są zbyt naiwne.

Ridley Scott w kilku wywiadach mówił, że nie ma sentymentu do „Obcego” – to czuć w „Prometeuszu”, gdzie twórca podąża całkowicie innym torem. Obraz jest przygotowany pod totalnie innego widza. To także zupełnie nowy początek serii, bo to, że pojawią się kontynuacje, jest bardziej niż pewne.

Jędrzej Bukowski