Home Recenzje Czy warto zobaczyć Blade Runner 2049? OCZYWIŚCIE! Ale nie jest idealny…

Czy warto zobaczyć Blade Runner 2049? OCZYWIŚCIE! Ale nie jest idealny…

Czy warto zobaczyć Blade Runner 2049? OCZYWIŚCIE! Ale nie jest idealny…

Czy Blade Runner 2049 to arcydzieło? Po pierwszym obejrzeniu – NIE. Co nie zmienia faktu, że to film bardzo dobry, ale na pierwszy rzut oka – mający swoje wady. Oto nasza opinia na gorąco po wyjściu z kina. Uwaga – zanim nas zjecie, na końcu mały cliffhanger!

Blade Runner 2049 – dlaczego TRZEBA zobaczyć film?

Mieliśmy okazję zobaczyć film w kinie IMAX i musimy przyznać, że to chyba NAJLEPSZY sposób, by delektować się warstwą wizualną. Już dawno nie mieliśmy okazji oglądać tak przepięknie zrealizowanego kina. Blade Runner 2049 to jeden z tych filmów, w którym każdy kadr to artystyczne spełnienie. Nieważne czy mówimy o mrocznym cyberpunkowym Los Angeles spowitym we mgle i w deszczu, czy też o zamkniętych lokacjach, które poprzez niesamowite oświetlenie, nabierają nowego wymiaru. Wszystko co widzimy na ekranie jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Przede wszystkim – nie razi tutaj w żaden sposób CGI i jesteśmy przekonani, że gdy do tego filmu powrócimy np. za 20 lat, to wciąż będziemy w stanie zachwycić się większością scen. Tak jak do dzisiaj można się zachwycać oryginalnym Blade Runnerem z 1982 roku.

Wspaniałe jest to, że opuszczamy Los Angeles i widzimy nie tylko brudne i pesymistyczne miasto przyszłości, ale również okolice będące dookoła, które są jeszcze bardziej przygnębiające i zarazem piękne w swojej brzydocie. Wszystkie lokalizacje, które jest nam dane oglądać, mają swój niepowtarzalny klimat.

Nie ma Vangelisa i to niestety mocno daje się we znaki

Kadr z filmu Blade Runner 2049
Kadr z filmu Blade Runner 2049

I o ile w oryginalnym Blade Runnerze przemierzając z Deckardem miasto przyszłości, towarzyszyła nam niesamowita muzyka Vangelisa, tak tutaj Hans Zimmer próbuje dorównać mistrzowi i niestety – zupełnie mu się to nie udaje. Ścieżka dźwiękowa jest nijaka i na gorąco po seansie, nie jesteśmy sobie w stanie przypomnieć jakiegoś charakterystycznego motywu przewodniego, przy którym byśmy mieli ciarki. Strasznie nas to gryzło, gdyż w dużej mierze Blade Runner = muzyka. A tu KLOPS. Oczywiście – na finał mamy do czynienia w końcu z „tym fragmentem”, ale to zdecydowanie za mało.

Scenariusz jest naprawdę bardzo dobry, ale tempo filmu…





Z jednej strony mamy tutaj wiele zwrotów akcji, które świetnie nam rozbudowują to uniwersum, jednak z drugiej strony mamy wrażenie, że Denis Villeneuve za bardzo zapatrzył się na Ridleya Scotta. Sposób narracji jest więc nieśpieszny. To daje nam szansę wsiąknąć w całość bardzo mocno. Dużo tutaj onirycznego klimatu, charakterystycznego dla pierwszej części. I dla jednych to będzie atut, dla innych – niekoniecznie. Nam całość minimalnie się dłużyła i spodziewaliśmy się (znając poprzednie filmy tego reżysera) kilku naprawdę mocnych cliffhangerów. I ba – kilka się pojawiło! Jednak naprawdę niezły scenariusz niekoniecznie współgrał z samym tempem filmu i jego poetyką. Te dwie warstwy nam się ze sobą po prostu gryzły. Z jednej strony – hołd dla Blade Runnera z 1982 roku, ale czy nie lepiej byłoby poszukać własnej tożsamości w sposobie prowadzenia filmu?

Blade Runner 2049 – film do wielokrotnego oglądania

Kadr z filmu Blade Runner 2049
Kadr z filmu Blade Runner 2049

I wiecie co jest najlepsze? Że już w trakcie pisania tej opinii wiemy, że Blade Runner 2049 z pewnością zyska znacznie więcej przy drugim podejściu. Po warstwie audiowizualnej, będzie można spokojnie skupić się na wszelkich aspektach metafizycznych i odnieść się do filmu na zupełnie innym poziomie. Bo czym jest życie? Jaki wpływ na ludzkie życie mają wspomnienia i emocje z tym związane? Czy androidy mogą być bardziej ludzkie niż ludzie? Jak człowiek stawia siebie w opozycji do czegoś, co w jego przekonaniu nie ma duszy? Blade Runner 2049 stawia mnóstwo pytań i na mnóstwo z nich nie daje jednoznacznej odpowiedzi. I w tym tkwi jego największa siła.

PS Ryan Gosling dał radę, Jared Leto nie. A Harrison Ford to po prostu Rick Deckard.
PS 2 Wzruszyliśmy się na jednej scenie! Zgadniecie na jakiej?

ZOBACZ TAKŻE: To nie zdjęcia z nowego Blade Runnera. Tak wyglądają azjatyckie miasta nocą

  • yamata

    Kurna, jak muzyka Benjamina Wallfischa i Hansa Zimmera jest dla was nijaka, to se sprezentujcie na święta porządne aparaty słuchowe, nie to badziewie, którego używacie dziś. Takie stwierdzenie to jest dopiero totalna kompromitacja! Pomijając, że muzyka Vangelisa do pierwszej części jest jaka jest i nikt nie próbował jej dorównać, a tylko utrzymać klimat. W dodatku akurat ona dominuje film, a nie go ilustruje, co zawsze było uważane za wadę. To że była tak agresywna, uczyniło ją kultową, ale Zimmer nie musi bynajmniej tu mieć jakichś kompleksów, zrobił już takiej muzyki tonę… 😉

    Za to tym razem się powstrzymał i poza kilkoma motywami, jak Sea Wall, jest to spokojna, piękna muzyka ilustracyjna, która doskonale podkreśla klimat filmu. I doskonale się broni jako samodzielna produkcja. Ale jak muł recenzent ma uszy zrąbane od dziecka słuchawkami i muzyczką z empetrójek, to widać nie umie tego dosłyszeć. Powiem ci misiu tak: Muzyka w tym filmie jest równie dobra jak obraz. A czy film jest równie dobry jak pierwsza część(?) to se musisz już sam odpowiedzieć. Nikt tu na szczęście nie próbował kręcić drugi raz tego samego. Ani grać…

    • sayonara

      Mooże i muzyka jest tak dobra jak piszesz. Nie było mi dane się w tą ‚piękną i spokojną’ ilustrację filmu zagłębić. Raz: jakiś muł operator w kinie Helios Tczew chyba załozył, że wszyscy na sali mają ‚uszy zrąbane od dziecka słuchawkami i muzyczką z empetrójek’ i pojechał z volume tak, że bębenki prawie krwawiły a podłoga masowała stopy. I nie, nie mam jakiegoś szczególnie wrażliwego słuchu, wręcz odwrotnie, i nie pierwszy na to się skarżę, widocznie takie w Heliosie zwyczaje.. Dwa: warczące techno-basy na sterydach od Zimmera wejściu w spokojny, nostalgiczny klimat nie pomagają. Dla porównania: puściłem sobie fragmenty filmu (np, przelot w deszczu nad miastem na mute, za to z muzyką Vangelisa z jedynki. I co? SĄ ciary jak kiedyś.

      • yamata

        Zwykle muzykę z filmu odsłuchuję jeszcze zanim wejdzie do kin, albo krótko po tym. Mam więc porównanie i konkretne oczekiwania. Oczywiście nie liczę na to, że posłucham jej w kinie, bo nasze kina są ustawiane tylko pod efekty i to w dodatku marnie. Pociesz się że IMAX tutaj wypada równie biednie, w dodatku bez Dolby Atmos. Jak chcesz posłuchać muzyki na filmie, to niestety musisz sobie fundnąć wysokiej klasy kino domowe…

        Z drugiej strony więcej słyszałem z dobrze skonfigurowanego foobara2000 i moich starych głośników Creative na kompie – niż w kinie. To już świadczy o poziomie upadku i najwyraźniej o oczekiwaniach widzów, którym słoń na ucho nadepnął. Ale jak się od dziecka słucha rapu z słuchawek, albo łupie nim w samochodzie, to trudno wymagać…

        Co do Zimmera, naprawdę 90% płyty nie stanowią „warczące techno-basy”. To (stosunkowo) spokojna muzyka ilustracyjna, której bliżej do „Interstellar” niż „The Rock”… ;). Ale by to docenić, trzeba po prostu dysponować ścieżką dźwiękową odtwarzaną w warunkach domowych i nie liczyć na kino… 😉

    • Lukas

      Święte słowa!