Home Recenzje Kler – recenzja filmu

Kler – recenzja filmu

Kler – recenzja filmu 8.0

Na ekrany kin trafił najdłużej wyczekiwany polski film wśród tegorocznych premier. Kler skutecznie podzielił rodzimą widownię. Jedni widzą w nim ważne kino, inni zarzucają Wojciechowi Smarzowskiemu, że zrealizował pustą wydmuszkę. Jak jest naprawdę? Zapraszam do recenzji filmu Kler.

Wrzesień cyklicznie wprowadza polskie kino na medialne salony, do miejskich mieszkań oraz na podwórka gospodarstw wiejskich. W zeszłym roku na usta Polaków cisnęły się komentarze na temat Botoksu w reżyserii Patryka Vegi. Wtedy rozmowy przybierały o wiele bardziej drwiący ton, co oczywiście spowodowane było nieudolną próbą zszokowania odbiorców. Nie pomógł sztorm przaśności, zatapiający każdy rzetelny i wiarygodny kontekst filmu. Tylko nieliczni zdecydowali się bronić Botoksu – szybko zrozumieli, że ich opinia nie spotyka się ze szczególnie pozytywnym przyjęciem w racjonalnych środowiskach. Jeszcze wcześniej, bo w 2016 roku, Wojciech Smarzowski wprowadził na duże ekrany Wołyń. Rzecz skupiająca się na traumie narodowej oraz eksploatująca wyjątkowo bestialskie sceny przemocy przyciągnęła na fotele kin kolejne tłumy. W tym jednak przypadku po seansie nikomu nie było do śmiechu… Wojciech Smarzowski powrócił do kinowego repertuaru pod koniec września bieżącego roku, tym razem rozliczając się z grzechami zinstytucjonalizowanego kościoła w Polsce. Dobór tematu okazał się strzałem w dziesiątkę – twórca połechtał opinię pewnych grup politycznych i społecznych, opozycję z kolei doprowadził niemal do temperatury wrzenia. Frekwencja w weekend otwarcia (935 tys. widzów) udowodniła nasz stosunek do kleru oraz instytucji kościoła – z drugiej strony wyeksponowała niezdrowe upodobanie rodaków do żerowania na sensacji.

Kler w oczach Polaków

Skoro nie udało się wmówić nam, że Pana Boga nie ma, trzeba nam zohydzić tych, którzy nas do niego prowadzą. Bez których nie będziemy w stanie w pełni korzystać z Bożego Miłosierdzia – wskazuje Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy w komunikacie ws. filmu KlerLudzie ci posługują się różnymi metodami. Dziś orężem w tej walce jest również kultura. Zdaniem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy treści sacrum rzeczonej, współczesnej sztuki, spychane są przez ohydne profanum, wielokrotnie mające podobno bezcześcić wizerunek wiary oraz kościoła. Cóż, opublikowany publicznie bojkot (bełkot) posiada wiele fragmentów, w których aż prosi się o polemikę z radykalnymi przeciwnikami Kleru. Takich jest wielu, zwłaszcza wśród skonkretyzowanych kręgów i środowisk – Tomasz Sakiewicz opublikował na swoim Twitterze wpis, w którym porównuje film do hitlerowskiej propagandy. Argument kina propagandowego przywołuje również wspomniane wyżej Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy.

Rzucając tak górnolotnymi słowami, należałoby się zastanowić nad ich pierwotnymi założeniami. U podstaw propagandy leży dehumanizacja opozycji. Takiej nie doświadczymy w Klerze, zwłaszcza w kontekście trzech głównych bohaterów produkcji – Smarzowski tworzy szczerą charakterologię swoich bohaterów. Dba o pierwotne podstawy realizmu: wiarygodność w kreacji profilu psychologicznego oraz rzetelny tok przyczynowo-skutkowy. Jako zdeklarowany ateista, nie bierze na warsztat kwestii wiary. Nie rozstrzyga czy Bóg jest, czy go nie ma, czy miał syna albo w jakim spektrum działa jego moc sprawcza. Paradoksalnie, jedyny element meta pojawia się dopiero w ostatniej scenie Kleru, konfrontując ze sobą czynnik ludzki i metafizyczny (a więc: dwa przeciwieństwa, jakże często brane w jeden nawias – zwłaszcza w kontekście kościoła katolickiego).



Kler w oczach księży

Pośród medialnych spięć oraz politycznych sporów, dumnych dyrektorów małomiasteczkowych kin wprowadzających cenzurę do repertuarów swoich placówek (moim ulubionym przykładem jest kino w Pułtusku, gdzie Kler musiał ustąpić seansom Dywizjonu 303), znaleźli się również duchowni świadczący o wiarygodności ukazanych zdarzeń. Na planie Wojciech Smarzowski konsultował się z kilkoma księżmi (w tym również byłymi duszpasterzami), dla których dobro kościoła stanowi nadrzędny cel. Podobnie jak twórca filmu, oni również zdają sobie sprawę, że w religijnej instytucji należy zrobić porządki – wymieść wszystkie brudy spod parafialnego dywanu oraz wynieść trupy z szafy. Księża bowiem faktycznie przybrali maskę sacrum, skrywając pod sutanną paskudne profanum (by wspomnieć ks. Romana B., który przez kilkanaście miesięcy więził i gwałcił nastoletnią uczennicę). Celowo posłużyłem się tutaj łacińską frazą, wcześniej przytoczoną w kontekście ataku Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy na współczesną sztukę. Prawicowe środowisko przypięło miejsce „świętości” w złym miejscu, bowiem to właśnie księża – często proboszczowie na wiejskich parafiach – w kluczu stygmatyzacji społecznych (a szczególnie polskich) nacechowani zostali wskazanym sacrum. Wierni zbyt ich idealizują, sakralizują.

Z drugiej strony rodzimi duchowni zbyt długo milczeli o problemie pedofilii, stojącej ponad prawem w Polsce (co również na wielu płaszczyznach zostaje przytoczone w filmie). Nawet teraz, gdy faktyczne pogłoski zostały przedstawione w bardzo populistycznej formie, część księży próbuje obmyć swoje dłonie. Dla nich fabuła Kleru to zwykła fikcja, za pomocą której Smarzowski próbuje przeprowadzić antyklerykalny blitzkrieg. Dopiero w młodych pokolenia duchownych do głosu dochodzą rewolucyjne i szczere opinie. Ojciec Szustak powiedział o Klerze: Wszystkie rzeczy, które są w tym filmie, są prawdziwe. Każda z tych sytuacji ma miejsce, wydarza się w kościele. Oczywiście, niektóre z nich są przerysowane i kabaretowe. To tylko wycinek kościoła.

Kler: wiarygodne postacie i ustępująca groteska

Jak zatem odnieść się do wspomnianego przez o. Szustaka „wycinka kościoła”? W kinie Wojciecha Smarzowskiego nie ma miejsca na nadzieję. Idealiści to ludzie słabi, którzy niejednokrotnie przegrywają walkę z systemem czy antagonistyczną siłą realizmu. Rzeczywistość profilmowa przedstawiała się w ten sposób już w teatrach telewizji, realizowanych przez Smarzowskiego na początku jego kariery twórczej. Później podobnie wykreowany został świat przedstawiony w Weselu, Domu złym oraz każdym innym tytule powstałym spod ręki reżysera. Tragizm funkcjonuje w „uniwersum Smarzowskiego” jako pewnego rodzaju konwencja, uwypuklająca prawdę ukazanych zdarzeń oraz postaci. Innym razem naturalizm miesza się z groteską, co znakomicie wybrzmiało w Weselu. W tym miejscu wielu odbiorców zarzuca twórcy stronniczość w sposobie kreacji tytułowej grupy społecznej – w Klerze nie ma dobrych księży, każdy duszpasterz do pewnego stopnia zostaje umoczony w dywersjach sakralnego półświatka. Rodzime kino żelaznych tez potrafi skutecznie zdehumanizować opozycję, czego doskonały przykład może stanowić Smoleńsk w reżyserii Antoniego Krauze czy wspomniany wcześniej Botoks. Na szczęście Wojciech Smarzowski wydobywa wiarygodny portret psychologiczny ukazanych postaci (poza biskupem Mordowiczem, ale do niego przejdę później).




Rozpoczyna się tym, na co przygotował nas zwiastun produkcji (zupełnie nie trafiony – zapowiadający film w konwencji American Pie, podobnie jak przy okazji kampanii reklamowej Pod Mocnym Aniołem). Księża piją niemal do nieprzytomności, prowadzą „po pijaku”, a przed konsekwencjami prawnymi chroni ich koloratka. Na szczęście Smarzowski trzyma rękę na pulsie. Przaśny ton pierwszych scen stopniowo ustępuje nasilającemu się realizmowi oraz poważnemu podejściu do grzechów, które każdy kapłan posiada na swoim sumieniu. Wyjątek stanowi biskup Mordowicz grany przez Janusza Gajosa (niesłychanie bawią mnie komentarze w sieci w stylu: nasz Janek z Czterech pancernych… się splugawił). W jego przypadku groteska trzyma się purpury wystawnych szat, uniesionego wysoko nosa oraz gabinetu, przypominającego biura gangsterów z klasyka Francisa Coppoli.

Wrażenie wywołuje również sposób prowadzenia narracji: duchownych poznajemy najpierw z voyerystycznej perspektywy wiernych. Stopniowo, gdy widz coraz głębiej wnika w życie ks. Kukuły (Arkadiusz Jakubik), ks. Trybusa (Robert Więckiewicz) oraz ks. Lisowskiego (Jacek Braciak) bohaterowie odkrywają przed nim nowe oblicze. Okazuje się, że dotychczasowa maska była wyłącznie fasadą, za którą kryją się złoża brudu, ale też patologiczne przeżycia z młodości duchownych. No właśnie, Wojciech Smarzowski nie wytyka wyłącznie wszystkich wad instytucji kościoła (chociaż tych znajdziemy w filmie pełny wachlarz). Prócz zgrabnego operowania faktami oraz znanymi stereotypami, próbuje zrozumieć swoich bohaterów. Wnika w ich przeszłość, doszukując się źródła problemu. Co najważniejsze, przedstawia duszpasterzy nie jako świętych szaleńców tylko niesamowicie samotnych mężczyzn, na co dzień mających styczność najwyżej z zaściankową gosposią.

Kler: czy warto wybrać się do kina?

W warstwie technicznej i formalnej mamy do czynienia ze starym, dobrym Wojciechem Smarzowskim, który dzieli tok narracyjny na kilka równorzędnych wątków. Jak zawsze w jego przypadku żaden z nich nie trafia na dalszy plan, znajdując satysfakcjonujący wstęp, rozwinięcie i zakończenie – może tylko historia księdza Trybusa stoi gdzieś na z tyłu, właściwie nie łącząc się z losami pozostałych postaci. Twórca szpikuje swój obraz jumpcutami, wprowadzając u widza percepcyjny dyskomfort. Fabułę przeplata paradokumentalnymi fragmentami, wzmacniając konflikt pomiędzy prawdą a sferą fikcjonalną ukazanych incydentów (szczególnie niewygodne okazują się materiały przedstawiające autentyczne wyznania ofiar „złego dotyku”, odtworzone przez polskich aktorów).




Nie uważam, aby na polskiej scenie kinematograficznej znalazł się twórca, który w równie celny i humanistyczny sposób zdołałby ująć tak ważny, ale jakże drażliwy temat. Wojciech Smarzowski – niczym wzorowy egzorcysta – stara się wypędzić wszystkie demony rodzimego kościoła. Rzecz ograna zostaje w wyrafinowany, acz nieco populistyczny sposób, tak aby wpłynąć na świadomość jak największej grupy odbiorców. Zwłaszcza, że Polacy wolą żartować z problemu pedofilii wśród księży, sadowiąc się w wygodnej strefie komfortu (wystarczy przejrzeć serwisy memotwórcze oraz platformy z dowcipami). Czas z tym skończyć – czas skończyć traktować polski kościół jako czwartą władzę, czas skończyć zamiatać bolesną prawdę pod dywan oraz szantażować wizerunkiem instytucji w oczach innych. Trzeba zrozumieć, że księża są zwykłymi, samotnymi ludźmi, często źle przygotowanymi do sprawowanych funkcji (na co wskazuje scena przy spowiedzi – sakrament powinien posiadać w sobie coś z sesji psychologicznej, niestety, duszpasterze nie są w stanie zrozumieć swoich wiernych). Wojciech Smarzowski po raz kolejny udowodnił wysoką klasę swojego kina oraz zdolność do rzetelnego omawiania trudnych tematów.

Kler - podsumowanie:

8.0

PLUSY:
+ „ekipa Smarzowskiego” znów staje na najwyższym poziomie gry aktorskiej – zwłaszcza kreacja Arkadiusza Jakubika wnosi niesamowitą wrażliwość do postaci księdza Kukuły;
+ wiarygodne podejście do ukazanych postaci – wydobycie na wierzch ich przeszłości oraz skutku przyczynowo-skutkowego;
+ Smarzowski nie bawi się w dywagacje nad istotą wiary – pokazuje tylko instytucję kościoła oraz jej pracowników;
+ celne roztrząsanie ważnych i istotnych kwestii;
+ zabawa z narracją (gwałtowny zwrot, zamieniający percepcję na ukazanych bohaterów);
+ ilość wątków delikatnie zaznaczonych gdzieś na drugim planie.
MINUSY:
- przaśny wstęp;
- „smarzowszczyzna” pełną gębą (wiem, że dla niektórych odbiorców może to być wada produkcji, dlatego zdecydowałem się umieścić ten argument w „minusach”);
- kilka wątków zbyt bardzo ociera się o stereotyp, by można było je traktować na poważnie.

Ocena8.0
Reader Rating: ( 6 votes ) 7.9

  • Kris Parcej

    Polecam
    robienie korekt przed wydaniem jakiegokolwiek tekstu. O ile ludzie mogą
    niekoniecznie rozróżniać to, gdzie powinny znajdować się przecinki (sam
    również często ten element gubię), o tyle haniebnym jest pozostawienie
    braków właściwej odmiany kolejnych przypadków, czy nawet zjadanie całych
    wyrazów, które zaburzają odbiór całości. Dodam, że zbytnio
    przefilozofowana recenzja, która często wodzi dookoła tematu,
    zapominając, że powinna – lub nie – do filmu zachęcić, a nie stawać się
    samodzielnym esejem rodem z uczelnianej ławy. Arkadiusz
    Jakubik gra księdza Kukułę, a nie Kuklę – jedno przejęzyczenie można
    zrozumieć, użycie błędnego nazwiska kilkukrotnie jest absurdalnie złe. I mimo, że z konkluzją w
    większości można się zgodzić, recenzja jest boleśnie trudna w odbiorze.
    Dwójka z plusem na zachętę 😉

    • Kornel Nocoń

      Dziękuję za zwrócenie uwagi – poprawione 🙂 co do trudności odbioru oraz przytaczania szerszego kontekstu (aka „wodzenia dookoła tematu”) – przynajmniej tym mogę się wyróżnić 😉

  • GC

    Rozpoczyna się tym, na co przygotował nas zwiastun produkcji (zupełnie nie trafiony – zapowiadający film w konwencji American Pie, podobnie jak przy okazji kampanii reklamowej Pod Mocnym Aniołem)
    – jeżeli tego zabiegu autor nie zrozumiał (a to już początek gry pomiędzy reżyserem a odbiorcą) to nie ma sensu by autor brnął dalej w analizę filmu. Niestety autor pokusił się o ten krok. I teraz chciałoby się napisać. Autor nie zrozumiał. Ale nie napiszę tak gdyż ten film mieni się w zależności z jakiej strony na niego spojrzymy, jaką dobierzemy przesłonę. Jest też jak cebula. Można zaprzestać na pierwszej warstwie. Można dojść do 3ciej.. Można głębiej.
    Reżyser oprowadza nas nie po linii prostej. Nie po płaszczyźnie. To jest pełne 3d. Spina dziesięciolecia, wyprowadza nas poza Polskę; oprowadza nas po różnych warstwach kleru i innych grup społecznych. Dotyka różnych grup zawodowych. Reżysersko jest genialny. Ja jako odbiorca jestem wypieszczony intelektualnie. Układam puzle. Czasem elementy reżyser poukładał jeden za drugim. Czasem oddalił od siebie. Czasem zmienił perspektywę a więc zmienił nam puzle. To gra, która nie kończy się końcowych napisach. A mówię tylko o samej warstwie reżyserskiej. Nie mówię nic o samych postaciach, głębi psychologicznej, odcieniach szarości. O strasznych traumach, o dziedziczeniu , przekazywaniu „złego dotyku”, syndromie sztokholmskim. O milczących ofiarach. O walce dobra ze złem. O naszych wyborach…
    Mogę się jedynie zgodzić co do ostatniej sceny. Ale, proszę się jej przyjrzeć. Naprawdę. Środek, obrzeża i co pomiędzy w kadrze. Jedni widzą środek. Inni środek i co pomiędzy. Proszę przemyśleć obrzeża. Słowo „genialny” to niedopowiedzenie (bo za wiele razy słowo to było używane w odniesieniu do słabszych produkcji). Dla mnie film do wielokrotnego obejrzenia. Będę do niego wracał. I schodził coraz głębiej w tych warstwach.