Home Recenzje Venom – recenzja filmu. Jest fatalnie

Venom – recenzja filmu. Jest fatalnie

Venom – recenzja filmu. Jest fatalnie 3.0

Venom jest fatalny. To rodzaj potworka Frankensteina posklejanego z niekompatybilnych scen oraz gatunków. Tom Hardy zalicza aktorskie potknięcie, Michelle Williams prawie nie pojawia się na ekranie. Fabuła z kolei wpada w schizofreniczne rozdarcie między horrorem klasy B a slapstickową komedią. Oto recenzja filmu Venom.

Widzowie byli już skonsternowani zwiastunami, które studio Sony systematycznie wrzucało do sieci. Niełatwo było mówić o gatunku, w jaki oscylować miał film. Prezentowana w nich fabuła była niejasna, zaś efekty specjalne pozostawiały wiele do życzenia. Niestety, podobnie słabą kondycję prezentuje finałowy film. Tom Hardy w trakcie premiery Venoma zauważył żartobliwie, że z widowiska wycięte zostały wszystkie najlepsze sceny. Trudno się z tym nie zgodzić. To rodzaj filmu z czarnej ery adaptacji komiksów, gdy Kobieta-Kot walczyła ze złą korporacją… kosmetyczną (w końcu: jak inaczej można identyfikować damską antybohaterkę, jak nie poprzez szminki i perfumy?). Sony po raz kolejny udowodniło, że nie potrafi realizować kina superbohaterskiego (przypomnę, że wcześniej zrealizowało pięć filmów o Spider-Manie – dopiero Marvel Studios wypożyczyło prawa do postaci i nakręciło godne widowiska). Venom posiadał zresztą ten sam problem co Niesamowity Spider-Man 2 – twórcy na bieżąco, w trakcie zdjęć nanosili zmiany w scenariuszu. Z kategorii wiekowej R, film otrzymał PG-13 – z niskobudżetowego horroru SF zamienił się w druzgocące banialuki pseudo-kinematograficzne.

Venom jak potwór Frankensteina

Venom pod wieloma względami przypomina mi potwora Frankensteina. Po pierwsze: wydawałoby się, że widowisko nie jest klasycznym kinem superbohaterskim. Natura symbionta, który niczym pasożyt zadomawia się w ciałach kolejnych nosicieli, podpowiada konwencję body horror movie w stylu dzieł Davida Cronenberga. Twórcy zdecydowali się ograć motyw Eddiego Brocka (Tom Hardy) oraz jego Venoma w bardziej łopatologiczny sposób. Niczym w klasyce gotyckiej grozy (z której właśnie wywodzi się potwór Frankensteina) obserwujemy tutaj nieustanną rozmowę nosiciela ze swoim pasożytem. Trochę w tym doktora Jekylla i pana Hyde’a, trochę psychozy rodem z Wilkołaka. Relacja Venoma z Eddiem Brockiem przypomina również buddy movie, w którym dwie męskie postacie budowane są na wzajemnym kontraście, jednak gdy połączą siły, są w stanie ocalić świat. Schizofreniczne rozdarcie Eddiego oraz drapieżność Venoma zaprezentowano niestety w konwencji czarnej komedii… To chyba dobry moment, żeby zauważyć drugą zbieżność Venoma z potworem Frankensteina.

Dualizm Brocka udzielił się całej ekipie, pracującej nad filmem. Nawet dziś ciężko mi określić, co właściwie twórcy chcieli przekazać lub osiągnąć (poza zarobkiem). Venom przypomina ciało Frankensteina, w którym na siłę starano się dodać nowe fragmenty, jeszcze bardziej przyciągające uwagę widza. Osobiście nic mnie nie przyciągnęło (no, może poza animacją symbiontów) – z kolei bardzo wiele odrzuciło mnie od prezentowanej treści. Zaczyna się niczym horror, później film wpada w pułapkę genez superbohaterów, w którym przez ponad godzinę musimy czekać na tytułowego antybohatera w pełnej okazałości. W tle pojawia się wątek złej korporacji, antagonista bez większych motywacji oraz naukowe laboratoria, a więc wszystko, za co widzowie znienawidzili adaptacje komiksów sprzed dekady (by wspomnieć Spider-Mana Sama Raimiego).

Strach pomyśleć, co by było, gdyby do całego tego cyrku studio Sony mogło dorzucić Spider-Mana… Na szczęście nie może, bowiem Człowiek-pająk został wypożyczony Waltowi Disneyowi oraz podlegającemu mu Marvel Studios na 5 filmów. Spider-Man: Far From Home będzie ostatnim z nich. Wtedy dopiero okaże się, czy Peter Parker w wykonaniu Toma Hollanda zostanie w MCU, czy też trafi do wyrastającego uniwersum Sony (czego po seansie Venoma szczerze mu nie życzę).



Venom: prawie jak Looney Tunes w szpitalu dla obłąkanych…

Ciągłe cięcia fabularne sprawiły, że wiele wątków w filmie wydaje się niepełnych lub po prostu zbędnych. Tak jest m.in. z postacią Anne Weying (Michelle Williams). Znakomita aktorka pojawia się w filmie tylko wtedy, gdy wymaga tego od niej fabuła (tzn.: gdy akurat trzeba nacisnąć guzik, który uratuje życie Eddiego). Niemal od początku wątku miłosnego między Weying a Brockiem widać, że współscenarzystką serialu była Kelly Marcel, wcześniej odpowiedzialna za 50 twarzy Greya. Najbardziej wściekły jest prawdopodobnie reżyser, Ruben Fleischer – filmowiec doskonale zaznajomiony z horrorem komediowym oraz buddy movie (wśród jego twórczości znaleźć można Zombieland oraz 30 minut lub więcej). Tutaj gagi ograniczają się do najgorszego sortu slapsticku zza Oceanu. Venom biega i odgryza głowy, Eddie Brock miota się w szale i wskakuje do akwarium z homarami – niestety, to właśnie on gości na ekranie najdłużej.

Tom Hardy dał ciała… Może nie dokładnie on, bowiem wina za słabą jakość filmu ewidentnie znajduje się w po stronie wytwórni. Prawdą jest natomiast, że aktor nie wiedział nad jakim gatunkiem właściwie pracuje. Czy być poważnym, czy przerysować swoją rolę? Ostatecznie wypadł niczym dziwna karykatura superbohatera i wariata w jednym. Gdyby spotkał się na dużym ekranie z Luthorem w wykonaniu Jessego Eisenberga (postać z Batman v Superman), prawdopodobnie już nigdy żadna wytwórnia nie zechciałaby zekranizować powieści graficznej. To byłoby jak Looney Tunes w szpitalu dla obłąkanych…

Venom: czy warto iść do kina?

Dużo narzekam, bowiem film na swoją obronę posiada tylko kilka udanych animacji symbiontów. Doskonale wypada również tytułowy antagonista, jednak twórcy zdecydowali się umieści sceny z nim nocą. Przypomnę, że jego ciało jest zupełnie czarne.

Będąc zupełnie szczerym, czekałem na tę produkcję. Byłem ciekaw, jak poradzi sobie pierwszy film kształtującego się, komiksowego uniwersum bez superbohatera na pokładzie. Efekt końcowy przypomniał mi Mumię z Tomem Cruisem. Wtedy cały kinowy wszechświat upadł pod lawiną złej prasy. Czy tym razem będzie podobnie? Cóż, jeśli kolejne widowiska studia Sony będą reprezentowały podobny poziom, niechaj ten świat również spotka gigantyczny kryzys. Jego zgliszcza przejrzą wysłannicy Disneya i Venom w końcu trafi do MCU. Szkoda, że tak znakomity wizualnie potwór zasłużył dotychczas na Spider-Mana 3 oraz omawiane właśnie barachło.

ZOBACZ TAKŻE: Venom: ile scen po napisach?

Venom - podsumowanie:

3.0

PLUSY:
+ dobra animacja symbionta i Venoma (bez uwzględnienia finału filmu);
+ druga scena po napisach.
MINUSY:
- Tom Hardy w najgorszej roli w karierze;
- niewykorzystany potencjał Michelle Williams;
- zlepek dziwnych scen, które za bardzo nie łączą się w jedną całość;
- problemy genez superbohaterów: mija zbyt wiele czasu, zanim widz otrzyma w końcu Venoma (wcześniej musi zmierzyć się z idiotycznymi grymasami na twarzy Brocka oraz wieloma innymi irracjonalnymi wątkami);
- kino superbohaterskie spod znaku Green Lanterna, Daredevila (2003) oraz Fantastycznej Czwórki;
- przeciwnicy: wroga korporacja i kiepskie efekty CGI jako wrogi symbiont;
- bardzo wiele nieśmiesznych żartów.

Ocena3.0
Reader Rating: ( 3 votes ) 3.4